28.05.2017

Rozdział drugi

Ruch na Moście Westminsterskim był całkowicie zablokowany. Rzecz jasna mugole nie mieli pojęcia, że władzę wykonawczą stanowili aurorzy, więc zawzięcie robili użytek z klaksonów i głośno narzekali na rząd. Tymczasem przebrani w odblaskowe kamizelki czarodzieje udawali, że kierują ruchem — z naciskiem na udawanie. Zdecydowana większość tych zabiegów bardziej przeszkadzała, niż pomagała. W efekcie, jako że arogancja czarodziejów nie zna granic, a gros aurorów egzaminy z mugoloznawstwa pozdawało na ściągach, pół Londynu stało w korku.
— Za mną, chłopcze! — W tym samym czasie Alastor Moody, ignorując zamieszanie, samą swoją obecnością pokazywał reszcie, gdzie ich miejsce.
Tajnym przejściem od strony parku przy szpitalu przedostał się z Syriuszem na most, gdzie panujący chaos przekraczał ludzkie pojęcie. Reporterzy, przerażeni gapie i przebrani za policję i strażaków aurorzy przekrzykiwali się wzajemnie. W błotnistych wodach Tamizy odbijał się ogień, który po przeciwległej stronie pożerał właśnie większość siedziby parlamentu. Po wieży zegarowej nie było śladu, a większa część frontu runęła do wody, zabierając ze sobą zabytkowy Westminster Hall. 
— Jasna cholera, Reggie... — Syriusz przystanął w tłumie na moście, obserwując katastrofę z przerażeniem.
Chociaż zaklęcie, które Moody na niego rzucił, nakazywało mu podążać za aurorem bez zwłoki, Łapa nie mógł oderwać oczu od pożaru. Ogień rozprzestrzeniał się w krytycznie szybkim tempie. Jak tak dalej pójdzie, po Londynie pozostanie jedynie wspomnienie. Okazało się bowiem, że istniał jeden znaczący powód, przez który mugolscy strażacy nie byli w stanie ugasić pożaru…
— Black! — Wszyscy schodzili Alastorowi z drogi, gdy przeciskał się na sam środek mostu. Podniósł plastikową taśmę policyjną i czekał na Syriusza niecierpliwie.
— Sir! — Jeden z głównodowodzących aurorów zasalutował Moody’emu po żołniersku, na co ten gestem pokazał mu, żeby spoczął.
— Jaka to wygląda, Michael? — Z kieszeni sfatygowanego płaszcza wyciągnął zaśniedziałą papierośnicę.
Istotnie — gdyby ktoś mógł wyglądać mniej jak szef wszystkich szefów, z pewnością był to Alastor Moody. Co jednak Syriusz zauważył ze zdumieniem, większości to wcale nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie; skakali wokół niego bardziej, niż Izba Lordów wokół Churchilla.
— Niezbyt dobrze, sir.
— Wiadomo. Gówniarz użył smoczego ognia!
Łapa ze wszystkich sił starał się pozostać niewidzialnym. To już nie była tylko niesławna opinia, która spadała na niego z racji posiadania brata Śmierciożercy. To ewidentny zamach stanu i wszystkie idące za tym konotacje. Przeszedł szybko przez tłum, mijając po drodze rozemocjonowanych mugoli i ich prasę.
— …natomiast wszelkie raporty donoszą, że kruki rezydujące w Tower of London mają się dobrze — wyrecytowała jedna z reporterek, patrząc poważnie w oko kamery.
— No, tego by nam jeszcze brakowało! Jeśli coś ma się ostać w obliczu katastrofy, to na pewno Tower — burknął Alastor pod nosem. — Michael, wszystko w twoich rękach. 
— Sir? — Auror wyraźnie myślał, że Moody z nimi zostanie.
Starszy auror wyrzucił niedopałek do wody, co w obliczu okoliczności mogło wyglądać bardzo nie na miejscu, i położył ciężką rękę na ramieniu Syriusza. 
— Lepiej myśl szybko, jeśli chcesz wyjść z tej afery z jak najmniejszym wyrokiem — syknął mu na ucho. — To — wskazał na płonący parlament — nie ujdzie nikomu na sucho, uwierz mi. Nie obchodzi mnie, gdzie twój brat się chowa. Nie obchodzi mnie, jakie ma plecy. Sam bóg wojny mu nie pomoże, gdy tylko dostanę go w swoje ręce.
Syriusz przełknął ciężko ślinę.
— Aha.
— Dobrze. — Moody uśmiechnął się nieprzyjemnie. — Idziemy. — Pchnął go przodem w kierunku  taśmy na końcu mostu. 
Weszli do białego namiotu specjalnych jednostek aurorskich, zamaskowanego jako stanowisko mugolskich antyterrorystów. Rzecz jasna w środku namiot okazał się być magicznie powiększoną stacją badawczą, w której nad planem poskromienia pożaru pracowało co najmniej pięćdziesięciu różnych warzycieli, stu aurorów i dwudziestu łamaczy klątw.
— Panowie — przywitał się Moody, na co odpowiedziało mu zbiorowe „Sir!”. — Idź – warknął i pchnął Syriusza przodem.
Ten nie śmiał protestować. Doszli do długiego stołu, na którym mieściły się na pierwszy rzut oka całkowicie przypadkowe przedmioty. Każdy z nich był dokładnie oznakowany i Syriusz domyślił się, że to świstokliki.
— Daj mi jakiś najbliżej Szwecji — powiedział Moody do uwijającego się przy nich młodego aurora.
Ten podsunął mu różowy kapeć z pomponem.
— Sir, będzie pan musiał podpisać… — Jednak zanim zdążył dokończyć, Alastor złapał Syriusza pewnie, drugą ręką chwycił za świstoklik i razem zniknęli szybciej, niż słowo „protokół” zdążyło wybrzmieć.
I chociaż w retrospekcji Syriusz czuł, że powinien się bardziej stawiać i że areszt (nawet jeśli tymczasowy) w Azkabanie był więcej niż przesadzony… Odebrano mu różdżkę, resztki godności i jakąkolwiek nadzieję, że kiedykolwiek uda mu się z tego wykaraskać. Jedynym co trzymało go przy zdrowych zmysłach to przejmujące przeświadczenie o niewinności. By zabić czas, zaczął szczegółowo rozważać każdą bezsensowną decyzję, która doprowadziła go do samego dna łańcucha pokarmowego…

***

cztery miesiące wcześniej
Syriusz nie znosił Brixton z pasją. Nawet nie dlatego, że tuż obok było Peckham, a to z kolei… cóż, bez komentarza. Nie chodziło też o idealnie identyczne budynki z żółtawej cegły, czy nieskończone morza głośnych imigrantów. Brixton po prostu miał w sobie coś, co wkurza, ale jednocześnie nie da się pozostać wkurzonym bardzo długo, bo w sumie… W końcu tam urodził się David Bowie. Czarodzieje nie mieli zbyt wielu „swoich” w showbiznesie, zatem jeśli już trafił się ktoś tak wybitny jak Ziggy Stardust, to trzeba otoczyć go specjalną opieką. Najlepszą cechą Bowiego (według Remusa, który był jego oddanym fanem) to to, że oplótł swoje magiczne pochodzenie cienką zasłoną podwójnego blefu, co skutecznie pozwoliło mu pozostać tak dziwacznym, jak tylko miał na to ochotę. Pomimo tego, że wiecznie szukający świeżości Bowie miał raczej przestarzałą społeczność magicznych w wielkim poważaniu, Syriusz już na zawsze będzie miał do niego sentyment. Musiał go pokochać, nie miał wyjścia — swego czasu wilkołak obkleił plakatami całe ich dormitorium. Niemniej jednak, wracając do Brixton, nadal nie rozumiał czemu do cholery Remus musiał go tu przytargać. Do tego w deszczu! 
— Nie mogliśmy pójść do Świńskiego Łba? — burknął Black, ukradkiem rzucając na siebie kolejne zajęcie rozgrzewające. 
Stali w ogromnej kolejce do klubu, otoczeni mugolskimi nastolatkami w modnych dżinsach i skórzanych butach. 
— Ten tu czuje disco. — James wystawił zgryźliwie język, wytykając Syriusza palcem, na co ten dał mu prztyczka w nos.
— Spadaj — mruknął, przeszukując starą skórzaną kurtkę na okoliczność papierosów.
— Nie żeby coś, ale James ma trochę racji. Czy ty w ogóle posiadasz inne ubrania? — zapytał Remus rzeczowo, taksując Łapę poważnym spojrzeniem.
— Odwal się. – Syriusz podpalił papierosa starą zapalniczką zippo, która wyglądała jakby ktoś ją przeczołgał w tę i z powrotem po okopach w Wietnamie.
Znając Blacka i jego zamiłowanie do amerykańskich wojennych memorabiliów, Remus nie zdziwiłby się gdyby była to prawda. 
— Ej, wchodzimy. — Peter, niezwykle podniecony wizją dostania się do elitarnego klubu, pociągnął Jamesa za rękaw. 
W środku było duszno, śmierdziało tanim piwem zmieszanym z wódką, a Led Zeppelin ryczało na cały regulator. „Elitarny” mogło być delikatną niezgodnością opisu z produktem. Do tego wszędzie na parkiecie Syriusz dostrzegał znajome twarze. To kolejny powód, przez który nie znosił Brixton — gdzie się nie obrócił, widział młodych czystokrwistych. Żaden z nich nigdy by się do tego oczywiście nie przyznał, ale podczas gdy wszyscy myśleli, że potomkowie i jedyni spadkobiercy największych i najstarszych rodów  magicznej Wielkiej Brytanii całe weekendy przesiadują na tarasie, głaszcząc rodowodowe charty i sącząc whisky single malt… Cóż, w rzeczywistości zakładali dzwony, żelowali włosy i udawali mugolskich rockmenów. Ileż przecież można uganiać się po Anglii za Voldemortem, człowiek musiał mieć chwilami czas na kaca. 
— Widzisz kogoś znajomego? — James oparł się o ladę barową i uśmiechnął w sposób, o którym wiedział, że kradł serca panienek.
Syriusz przewrócił oczami, świadomy faktu, że to on nauczył przyjaciela tej sztuczki.
— Dobrze wiesz, że się nie przyznam.
Tak, kolejną przyczyną, dla której Huncwoci w każdy weekend wałęsali się po londyńskich klubach i pubach przejętych przez śmierciożerczych żółtodziobów, był Snape. Potter sądził, że się nie domyślą, ale jego przyjaciele wiedzieli swoje — miał nadzieję, że któregoś wieczora napatoczy się na szkolnego wroga i będzie miał okazję wyzwać go na pojedynek jeden na jednego. 
— Zdajesz sobie sprawę, że przez ten rok miał okazję poduczyć się magii, o której nie słyszał sam Dumbledore? — wytknął Peter.
— Myślę, że słyszał, ale wolałby się do niej nie dotykać — uzupełnił słusznie Remus, niezbyt dyskretnie wycierając kawałek lady barowej, zanim oparł o nią łokcie.
— Przesadzasz. — James machnął ręką na barmana i wyciągnął z kieszeni mugolskie funty. — Wszystkim wam przyda się po szocie.
— Nie! — zaprotestował stanowczo Łapa, dobrze wiedząc, że na jednym się nie skończy.
I kiedy około drugiej nad ranem opierał czoło o brudne kafelki nad pisuarem, starając się sikać w miarę prosto, uznał, że niczego nie żałuje. No, może tego ostatniego piwa. Odbijało mu się lekko, buty kleiły się do podłogi obskurnej toalety i czuł, że przy najmniejszej próbie teleportacji prawdopodobnie rozczłonkuje się szybciej, niż zdąży sobie przypomnieć, gdzie właściwie mieszka. Moment kryzysu przyszedł później, gdy zapiął rozporek, zorientował się, że w kranie nie ma wody i tuż za swoimi plecami usłyszał kpiący głos:
— Nie masz zbyt mocnej głowy, co?
Syriusz odwrócił się bardzo powoli. Instynktownie wyciągnął rękę po różdżkę, na co stojący przed nim mężczyzna prychnął z wyższością.
— Nie żartuj sobie ze mnie. Gdybym przyszedł tu walczyć, twoje zwłoki stygłyby od dobrych kilku minut. 
Avery, który nie zamierzał nawet udawać, że ma dobre zamiary, podszedł do Syriusza krokiem zdobywcy nowego wspaniałego świata. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę, którą podał mu z wyraźną wyższością.
— Przychodzę, jak to mówią, w pokoju. — Jego niemiecki akcent był jeszcze bardziej wyraźny, niż Syriusz pamiętał, choć z drugiej strony wspomnienia z wczesnego nastolęctwa z biegiem czasu stały się dość mgliste. Avery ukończył Hogwart cztery lata przed nim, niemniej jednak jego legenda ciągnęła się za nim jeszcze przez jakiś czas. Na samą myśl Syriusz wykrzywił się ironicznie. Oto Złoty Chłopiec, Książę Slytherinu, spadkobierca fortuny Habsburgów, który właśnie zdybał go w męskiej toalecie w Brixtonie, by porozmawiać o… no właśnie, przecież nie o Jezusie.
— Czego chcesz, Śmierciojadzie? — wycedził nienawistnie.
Austriak zacmokał i skrzyżował ręce na torsie. Owszem, był przebrany po mugolsku, ale w ubrania tak wysokiej jakości, że nikt ani na chwilę nie miałby wątpliwości, że wywodzi się z arystokracji.
— Reggie — powiedział tylko Avery. 
Black widział po jego twarzy, że spodziewał się wywołania dramatycznej reakcji, zatem nie zamierzał dać mu tej satysfakcji.
— Słowo daję, ty chyba ciężko pracujesz, żeby wymawiać to „r” w tak nienormalny sposób — wytknął.
— Co? 
— Kurwa, stary, rozumiem! Urodziłeś się w Wiedniu — wielkie wow! Ale pogódź się wreszcie z tym, że wychowali cię w Londynie. — Syriusz prychnął, wyciągnął ostatniego papierosa i rzucił zmiętą paczkę na podłodze. — Tak, wiem, bycie przeciętnym musi boleć, ale jakoś sobie z tym poradzisz. — Słowa nieco mu się zacierały przez alkohol, ale widział, że pijacka przemowa osiągnęła swój cel. Avery wyraźnie się wkurzył.
— Nie wiem o czym-… — Śmierciożerca zmrużył oczy, ale Łapa pomachał filozoficznie nieco wyświechtanym papierosem i mu przerwał:
— Nie obchodzi mnie, w jakie kłopoty wpakował się mój durny brat. Możesz mu przekazać, że mam to w dupie.
— Nie będziesz miał, gdy wysłuchasz do końca tego, co mam ci do powiedzenia.
— Oho. — Syriusz uśmiechnął się drwiąco. — Słuchaj, wiem, że jesteś przyzwyczajony do wydawania rozkazów, ale ja już dawno wypisałem się z waszego kazirodczego klubu, więc daruj. — Wyminął Avery’ego i otworzył drzwi.
Śmierciożerca nie dał się jednak zbić z tropu i powiedział spokojnie:
— Reggie chce wysadzić mugolski parlament. Kupił już na czarnym rynku kanister smoczego ognia.
Syriusz spodziewał się, że gdy tylko otworzy drzwi, muzyka i tłum skutecznie zagłuszą wszelką rozmowę, ale Avery przyszedł przygotowany i najwyraźniej wcześniej rzucił na łazienkę zaklęcie wyciszające. Teraz więc Black patrzył przed siebie w absolutnym szoku, doskonale zdając sobie sprawę, że mężczyzna znów wykrzywia za jego plecami te swoje nierówne, habsburskie wargi. Szach-mat. 

4 komentarze:

Nocebo pisze...

Nigdy nie ufaj śmierciojadowi spotkanemu wieczorową porą (w kibelku). A już na pewno go nie słuchaj -zwłaszcza jeśli ma austriackie korzenie. Ci to potrafią nawywijać. Chociaż oczywiście Reggie nawywijał bardziej, a Syriusz dostał rykoszetem. Tym razem chyba nawet Potter nie pomoże, hm? Ewentualnie Remus. Wiemy już, że ma dobry gust muzyczny, więc jemu można ufać. :P
TEAM LUCJUSZ

Ola Mirosia pisze...

Cześć! Znalazłam twojego bloga zgłaszając się do katalogu, z czystej ciekawości weszłam i przeczytałam i jestem zachwycona! Czytało mi się rozdziały lekko i przyjemnie i nie powiem zaśmiałam się przy słowie śmierciojad :D. Czekam na kolejne rozdziały!
Nie znalazłam zakładki ze spamem więc dodam tutaj:
Kim Arisa od dziecka widzi duchy zmarłych. Jest to dar powierzony jej przez niebiosa. Dodatkowo jej przeznaczeniem jest mężczyzna, który ma ponad 900 lat. Wiecznie żywy bo tak go nazywają ponosi swoją karę za zabicie tysięcy ludzi podczas wojny. Dzięki swojej nieśmiertelności pomógł wielu ludziom jak i poznał najlepszego przyjaciela, którym jest sam Ponury Żniwiarz. Jak potoczą się losy dwudziestoczteroletniej studentki kiedy pozna postrach duchów?
Zapraszam na moje opowiadanie oraz informuj mnie o kolejnych rozdziałach:)
willgotoyouliktethefristsnow.blogspot.com

Oleńska pisze...

Dziękuję bardzo, będę informować! :)

Arisa aa pisze...

Witam :)
Na tego bloga trafiłam całkowicie przypadkiem. Ale że uwielbiam dawać szansę ciekawym historią. Oczywiście nie mogłam przejść obojętnie.
I moje serce zostało podbitę. Chcę informacji o kolejnych rozdziałach.
Biedny Syriusz. Kłopoty się go czepiają jak rzep psiego ogona.



Serdecznie zapraszam na
Miniaturka 01: „Ptasia klatka cz.1'' :Miniaturka 01

,,Nie tylko nie to. Śnieżno biały kubek, który jeszcze przed chwilą znajdował się w mojej dłoni rozbił się na drobne kawałeczki uderzając z hukiem o drewnianą podłogę domu, jaki właśnie planowałam kupić. Był on piętrowy. Na górze znajdowały się dwie sypialnie plus łazienka natomiast na dole była kuchnia, jadalnia oraz dużych rozmiarów salon. Już widziałam siebie siedzącą na kanapie przy rozpalonym kominku z dobrą lekturą. Przesłyszałam się. Niespodziewany piekący ból ścisnął moje serce. Powietrze zatrzymało się w płucach pierwszy raz sprawiając ból podczas oddychania. Na ziemię zaczęły stopniowo uderzać krople. Lily stojąca właśnie przede mną przyglądała się mi uważnie. W dłoniach trzymała swój kubek. Delikatnie opuściłam wzrok patrząc na stłuczone szkło. Widząc wyciągnięta rękę przyjaciółki pierwszy raz odchyliłam się unikając jej dotyku. Jej prośba zdawała się być dla mnie nie realna. Kolejny koszmar, z którego zaraz powinnam się obudzić. Boleśnie uszczypałam się w policzek pozostawiając na nim czerwony ślad. Kurwa to nie sen! Oddaliłam się od dziewczyny, która chciała do nie podejść."


http://hogwart-you-can-find-my-world.blogspot.com

Prześlij komentarz