14.08.2017

Rozdział czwarty

Dorea Potter tuszowała rzęsy na raty. Co jakiś czas wodziła wzrokiem za chodzącym po pokoju mężem, który raz po raz pochrząkiwał i zaciągał się fajką. Kłęby tytoniowego dymu spowijały ich sypialnię, a ona wciąż nie była gotowa. Zegar w głównym hallu wybił szóstą. Pół godziny temu powinni byli być w Ministerstwie.
— Dolly… — Charlus jęknął błagalnie, ale makijaż nadal nie został uznany za dostatecznie dopracowany.
Na domiar złego karminowa szata wyjściowa, zamówiona z rocznym wyprzedzeniem od Gilberta Gallarda, po założeniu nie leżała tak dobrze, jak pani Potter tego oczekiwała. A już na pewno nie była tak wygodna jak ubrania od Madam Malkin. Niestety, w tym sezonie tylko metka od Gallarda miała wśród czarownic znaczenie. 
— Już, wychodzimy! 
Dorea spojrzała na ozdobny zegar wiszący przy toaletce, zupełnie jakby wcale nie słyszała sześciu donośnych uderzeń tego z dołu. Pan Potter sapnął ciężko i postanowił nie dowierzać:
— Gotowa?
— Idziemy — zarządziła. 
— Na pewno?
Rzuciła mu takie spojrzenie, że natychmiast pożałował swoich słów. Gdy schodzili po kręconych marmurowych schodach, pani Potter zagadnęła:
— Czytałeś wieczorne wydanie?
— Pobieżnie.
— Myślisz, że Malfoyowie się dziś pojawią? — zapytała przebiegle.
— A dlaczego nie? — Charlus otworzył przed żoną podwójne drzwi do salonu. 
— Lyssandra Malfoy! — syknęła konspiracyjnie.
W odpowiedzi tylko uniósł brew.
— Jest o niej artykuł na szóstej stronie.
— Bez przesady — parsknął. — Dziennikarskie hieny nie mają co robić. Po co roztrząsać stare dzieje? — Wziął sporą garść proszku Fiuu ze stojącej na kominku kryształowej wazy.
Gdy państwo Potter znaleźli się w głównym hallu Ministerstwa Magii, usta pani Potter nadal nie zamykały się na temat nie tak znowu dawnego skandalu. Pech chciał, że pierwszą osobą, na którą wpadli był młody Lucjusz Malfoy. Dorea natychmiast ucichła, ale w jej oczach widać było, że zastanawia się czy coś z jej wywodu nie dotarło do jego uszu. Lucjusz wyglądał jak zwykle nieskazitelnie w czarnej, połyskującej szacie i pasującej tiarze. Jego ojciec Abraxas stanowił natomiast kompletne przeciwieństwo: ciągnął się za synem jak ponure fatum, odburkując jedynie półsłówkami na pozdrowienia znajomych czarodziejów lub rzucając rozgniewane spojrzenia spod krzaczastych brwi.
— Madame Potter. — Lucjusz rozjaśnił się w sztucznym uśmiechu i pocałował ją w rękę. Jego uścisk był równie przyjemny, co dotyk zdechłej ryby. — Jak zwykle urzekająca.
Ton głosu Lucjusza sugerował raczej groźbę, niż przyjemność. Dorea nadal się nie odzywała. Charlus jedynie skinął mu głową, a Abraxas zrobił to samo. Lucjusz patrzył od ojca do Pottera, wciąż uśmiechając się uprzejmie. Najwyraźniej nie mogąc dłużej znieść ciszy, zagadnął:
— Zima w tym roku zapowiada się bardzo słabo.
Państwo Potter na chwilę zaniemówili, zanim Dorea nie wybąkała:
— Tak. Ciągle tylko deszcz.
— Hmm — skwitował Charlus.
Lucjusz otworzył usta, by jeszcze coś dodać, ale Abraxas stuknął laską o marmurową posadzkę i bez stosownego pożegnania oddalił się w tłum, kuśtykając ciężko na lewą nogę. 
— Państwo wybaczą — wymruczał Lucjusz, ruszając za ojcem kocim krokiem.
Dorea patrzyła za nimi, a gdy upewniła się, że są dostatecznie daleko, mruknęła:
— Oni są jacyś dziwni.
Charlus ściągnął usta.
— A dziwisz się? Po aferze z Leachem Abraxas jest politycznie skończony. 
Dorea pokręciła głową.
— Tylko politycznie? Nie zdziwiłabym się, gdyby sam pogrzebał swoją żonę pod podłogą i wmówił wszystkim porwanie.
Dolly!
— Angielska arystokracja nigdy nie była specjalnie normalna, kochanie.
Malfoyowie nigdy nie byli specjalnie normalni, moja droga.
Nadal się przekomarzając, państwo Potter przeszli w końcu za resztą czarodziejów. Ze względu na okazję, ogromny hall główny Ministerstwa Magii przerobiono na salę balową rodem z bajki. Ustawiona na podwyższeniu orkiestra dęto-smyczkowa grała swinga, ale żadna z par nie tańczyła. Większość częstowała się szampanem rozdawanym przez kelnerów w pełnej liberii i plotkowała, a część rozglądała się na boki i zachodziła w głowę czy pod przykrywką świątecznej akcji charytatywnej Ministerstwa kryje się coś jeszcze. Ostatnie zamieszki charłaków, porwania mugoli i rosnący w siłę ruch czystokrwistych sprawiał, że pogłoski o wojnie nabierały coraz większego rozpędu — tak jak propaganda Ministerstwa, które swoim zwyczajem zamiatało każdy skandal pod dywan.
Tymczasem każdy, kto był kimś w czarodziejskim świecie stawił się na balu. Albus Dumbledore przyjmował więcej pozdrowień i komplementów, niż Minister Minchum. Nawet Lella Galaway pomachała mu z gracją ze sceny w trakcie śpiewania swojego słynnego szlagieru "You're a Warlock and I Like It". 
— Ryczące banshee, James powinien był z nami przyjść. — Dorea odmówiła kelnerowi szampana, za to Charlus wręcz rzucił się na alkohol. Natychmiast wypił połowę zawartości zaoferowanego mu kieliszka.
— Przeciwnie. Mam nadzieję, że jego zaproszenie zaginęło na poczcie.
Żona rzuciła mu oburzone spojrzenie.
— I miałby przegapić takie wydarzenie? Czy wyobrażasz sobie skalę potencjalnych koneksji? Dobrze wiesz, że aplikacje do Akademii—…
— Dolly! Charles! 
Państwo Potter obrócili się, by zobaczyć, że w ich stronę przepychał się jak zwykle uśmiechnięty Septimus Weasley. Zaraz za nim dreptał Bilius Prewett, zgarniając koreczki z tacy pobliskiego kelnera. Pan Potter, pomimo faktu, że nie znosił z pasją gdy ktoś przekręcał jego imię, był w stanie przymknąć na to oko. Dorea lada chwila mogła przejść na swój specjalny kłótliwy ton, a on nie miał ochoty na sprzeczki w towarzystwie. Znacznie bardziej wolałby porozmawiać z jej kuzynami i na chwilę zapomnieć, że bierze czynny udział w bardzo upolitycznionej farsie. 
— Jak miło was widzieć — zapewniła Dorea. — Widziałam Artura, ale nie zdążyłam się przywitać. Przyszedł sam?
Septimus sapnął, starając się zakryć kpiący uśmieszek.
— Molly… znowu jest w ciąży.
Billius pokiwał głową na znak, że to prawda, choć jego osobiste opinie na temat bratanicy pozostały nieznane. Dorea ściągnęła tymczasem usta i zacmokała pod nosem. Nigdy nie wątpiła dlaczego jej siostra cioteczna wybrała na męża akurat Septimusa. Był czarujący, wesoły i bardzo błyskotliwy. Osobiście nie zgadzała się z Walburgą ani trochę w kwestii „zdrady krwi”. Natomiast w przypadku kuzyna Artura i jego żony czuła się w obowiązku postawić wyraźną granicę. Molly miała pomysł na życie, którego większość czarownic zwyczajnie nie rozumiała.
— Jawna nieodpowiedzialność. W dobie dzisiejszej magomedycyny…
— Nie musisz mi mówić. — Septimus skrzyżował ręce na chudej piersi. — Wszyscy wiedzą, że do tego czasy są fatalne. Mało nam katastrof? Naprawdę nie potrzeba jeszcze więcej dzieci.
— Mam nadzieję, że to nie bliźnięta… To podobno krąży w rodzinie. 
— U nas nie było bliźniąt. — Septimus dopił swojego drinka i odstawił pusty kieliszek na parapet okna, o który oparł się nonszalancko.
— Ach tak? Przypominam ci, że mój stryj miał bliźniaka. Przykro mi, kochaneczku. Wżeniłeś się w potężne drzewo genealogiczne — skwitowała z samozadowoleniem Dorea. — Co mi przypomina… Słyszałeś o tych gagatkach?
— O młodych Blackach? — Septimus przekrzywił głowę. — Coś mi się obiło o uszy. Nic oficjalnego, oczywiście…
— Oczywiście. Walburga nigdy by nie pozwoliła…
— Nie, nie, wykluczone. — Septimus spojrzał na Biliusa, który nadal pożerał łapczywie koreczki i zdawał się być myślami gdzie indziej — prawdopodobnie przy stole bufetowym. 
— Myślisz, że to prawda? — Oczy Dorei aż iskrzyły.
— Nie wiem. Minąłem Cygnusa w drugiej sali. Nie wydawał się być zadowolony.
— To znaczy jeszcze mniej niż zwykle?
Septimus zastanowił się teatralnie, po czym mrugnął do pani Potter łobuzersko. Charlus przewrócił oczami i zacisnął usta. Pożałował, że nie wziął swojej fajki. Przynajmniej wtedy mógłby się udać do saloniku dla mężczyzn pod wiarygodnym pretekstem, a w takich salonikach, jak wiadomo, cisza była obowiązkowa. 
Przez lata nauczył się już, że jedynym co było w stanie uszczęśliwić jego żonę, to plotki i dobre przyjęcie. Do dziś pluł sobie w brodę, że poszedł z ojcem na tak ogromne ustępstwa w aranżowaniu tego związku. W przypadku Dorei inteligencja ustąpiła urodzie i wielkiemu majątkowi, a to jak widać wystarczyło, by Larkin Potter zaakceptował mariaż. Nie przeszkodziły tu nawet niestarannie skrywane skłonności Blacków do parania się czarną magią — choć Dorea Potter na szczęście należała do tej strony rodziny, której magiczna edukacja zakończyła się na konwencjonalnych zagadnieniach.
— Widziałaś już Malfoyów?
Dorea rzuciła Septimusowi porozumiewawcze spojrzenie. Charlus poczuł, że nie wytrzyma. Gdy ta dwójka połączy siły, będzie w stanie obgadać wszystkich w promieniu pięciu mil i jeszcze nie mieć dość. Już pal sześć fajkę. Być może ktoś w saloniku będzie miał chociaż cygaro…
— Przepraszam na chwilę. — Wycofał się dyskretnie na bok. 
Żona nawet za nim nie spojrzała. Za plecami usłyszał tylko jej perlisty śmiech. Gdy przechodził przez tłum, w oddali zamajaczyła mu jeszcze jedna ognistoruda czupryna. Jako że jego poziom Weasleyów we krwi przekroczył dopuszczalną normę, schował się dyskretnie za rozłożystą palmą i obmyślał strategiczną drogę ucieczki do drugiej sali bankietowej. Przy okazji jednak zaobserwował, że Artur Weasley rozmawiał z nikim innym, ale z Augustusem Rookwoodem. Wydało się to Potterowi bardzo dziwnym połączeniem. Departament Tajemnic i Urząd Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli niekoniecznie miały ze sobą wiele wspólnego. Dwaj czarodzieje zdawali się być bardzo pogrążeni w rozmowie. To jest — Rookwood mówił, a Artur spijał każde słowo z jego ust. Wyglądało to co najmniej dziwnie. Charlus postanowił zagadnąć o to później swoją żonę — kto jak kto, ona na pewno wiedziała wszystko o wszystkich. 
— Panie Potter! — wykrzyknął ktoś nagle ponad jego ramieniem.
Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Gwendolen Moncrieff, której towarzyszyła jej nieprawdopodobnie przerażająca matka. Moncrieffowie należeli do tego rodzaju par, których nie podejrzewa się o urodziwe potomstwo, a jednak Gwendolen stanowiła kwintesencję zalet i cnót. Rok starsza od jego syna i niezwykle utalentowana, według Charlusa stanowiła idealną kandydatkę na synową. Gdyby tylko James zechciał go w tej kwestii posłuchać…
— Panna Moncrieff. — Charlus opuścił dyskretnie swoją kryjówkę przy palmie i ujął jej dłoń w swoją. — Drucillo…
Pani Moncrieff łaskawie nadstawiła policzek do ucałowania. Przeszyła Pottera bystrym spojrzeniem jasnych oczu, które zachowały młodzieńczy blask pomimo zaawansowanego wieku. Charlus osobiście sądził, że była niemal tak stara, jak Dumbledore, i z taką samą determinacją upierała się, by pozostać przy życiu, niech ją szlag.
— Charlus, przypominam ci o herbatce u mnie w piątek — zarządziła władczym tonem.
— Jakiej herbatce, moja droga? — zapytał możliwie najuprzejmiej, nie chcąc się narazić.
— Tej, na którą właśnie cię zapraszam — odparła cierpliwie. 
— Ach…
Drucilla uniosła pytająco brwi, ale Charles nie odważył się zgłaszać sprzeciwu.
— Świetnie. Przyprowadź Jamesa, to taki uroczy młody człowiek… — Rzuciła Charlusowi spojrzenie, które z łatwością zinterpretował jako przesłanie „W przeciwieństwie do ciebie.” — A teraz chodź, moja droga. Musimy cię przedstawić Ministrowi.
— Miło było pana znowu widzieć. — Gwendolen posłała mu czarujący uśmiech zanim została odciągnięta do drugiego pomieszczenia.
Charlus, niespecjalnie elokwentny, byłby skłonny nawet coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie do głównej sali wparowała mocno spóźniona Walburga Black i skutecznie przyćmiła swoją osobą nawet występ gwiazdy wieczoru. Choć słowo „wparowała” było tu grubym niedopowiedzeniem. Ubrana w nieprzyzwoite ilości czarnego atłasu i wysoką tiarę ozdobioną liliami dosłownie przedzierała się przez tłum niczym żywy pomnik smoczycy w żałobie, dopóki nie dotarła do Dumbledore’a. Starszy czarodziej przerwał swoją rozmowę z szefem Departamentu Aurorów i odwrócił się do Walburgi z uprzejmym zdumieniem. Wyraźnie sądził, że ma do niego sprawę, ale ona szybko wyprowadziła go z błędu wymierzając Alastorowi siarczysty policzek. Auror w odruchu bezwarunkowym wyciągnął różdżkę i najprawdopodobniej wywiązałaby się grubsza awantura, gdyby Dumbledore nie złapał go za ramię i nie powstrzymał od rzucenia zaklęcia. Sala zamilkła, a orkiestra niepewnie ściszyła grę, by w końcu całkiem umilknąć.
— Walburgo…
— Cisza, stary! — zagrzmiała i w odpowiedzi na wyzwanie Moody’ego wyciągnęła swoją różdżkę. 
Uśmiechnęła się kpiąco, gotowa miotnąć w niego kilkoma wyjątkowo paskudnymi klątwami. On bardzo dobrze o tym wiedział, ale jednocześnie nie miał wątpliwości, że pani Black popełniła bardzo duży błąd wyzywając go na publiczny pojedynek. 
— Żądam satysfakcji, Moody — syknęła.
— Z takimi prośbami to chyba nie do mnie…
— Żądam PROCESU! — wrzasnęła znowu i przytknęła mu różdżkę do gardła. — Żądam sprawiedliwości! 
Alastor zachował kamienną twarz.
— Uwierz mi, stara lampucero, że będziesz mieć proces — wysyczał. — I to bardzo szybko.
— Jesteś SKOŃCZONY, Moody! Twoje oszustwa ujrzą światło dzienne!
— Walburgo, wystarczy! — W końcu Dumbledore rozdzielił tę dwójkę, a na scenę wkroczył sam Minister Magii, przejąwszy mikrofon od Lelli Galaway.
— Szanowni państwo, w imieniu Ministerstwa Magii pragnę państwa oficjalnie powitać na corocznym balu charytatywnym organizowanym dla pacjentów Hospicjum Lige Mcghee! 
W części sali rozległy się niemrawe oklaski, ale szybko umilkły. Następnie Minister przeszedł do wymieniania sponsorów. Gdyby mówił jeszcze szybciej, prędkość dźwięku prawdopodobnie przebiłaby barierę czasową. 
— Aukcje rozpoczną się za pięć minut w drugiej sali bankietowej, zapraszam, zapraszam! — To powiedziawszy, wskazał szerokim gestem przejście do drugiej sali.
Mało kto wykazał jednak chęć ruszenia do niej, gdy tuż przed ich oczami rozgrywał się tak smakowity skandal. 
— Zawsze wiedziałam, że Blackom prędzej czy później odbije, tak jak Snape’om — szepnęła jakaś starsza czarownica do swojej koleżanki, która korzystając z ogólnej nieuwagi napychała sobie torebkę mini buteleczkami smoczej whisky.
— Moody. Pani Black. Pozwolą państwo do mojego gabinetu. — Spocony jak szczur Minister zaprosił dwójkę skłóconych czarodziejów za sobą, a chociaż Dumbledore wyglądał, jakby bardzo chciał uczestniczyć w negocjacjach, to nie został na nie zaproszony.

***

Severus Snape był w szoku. W głębokim, pourazowym szoku, który nie miał nic wspólnego z ilością obrażeń, jakie odniósł. 
Petunia Evans od godziny milczała. Siedziała za nim przy kuchennym stole i zszywała jego głęboką szramę na plecach. Nićmi z koszyka na robótki ręczne swojej matki. Nie zapytała go o nic, nie zająknęła się nawet o powód niespodziewanej wizyty. Osobiście uznał to za szczyt bezczelności.
— Jeżeli nie przestaniesz się tak wiercić, to zaszyję ci co innego niż ranę — warknęła w końcu.

Tak lepiej. 

Nie mogła go widzieć, ale Severus wykrzywił się paskudnie na wszelki wypadek.  Miał nadzieję, że podejmie temat, ale znów zamilkła. Być może Petunia powściągnęła przy nim język, bo wiedziała, że i tak nie uzyska prawdziwych odpowiedzi, ale nie zmieniło to faktu, że jej głowa i tak była pełna pytań. Słyszał je wszystkie, rzecz jasna. Naturalna oklumencja nie leżała w sferze jej talentów, za to on miał ich nadto. Natrętny głos wibrował mu w uszach i poruszał wszystkie kwestie, których on nie miał najmniejszej ochoty poruszać. Z jednej strony irytowało go to, a z drugiej aż nadstawiał uszu, by wiedzieć co o nim myśli. Byli pod tym względem podobni, choć żadne nigdy by tego nie przyznało — obydwoje czerpali satysfakcję nie tyle z dzielenia się, co z samego faktu posiadania poufnych informacji. Przez chwilę Snape bawił się myślą, by ją skonfrontować, ale zrezygnował. Wymagałoby to wyjaśnień, a obecnie nie miał na nie siły. Zbyt zajęty gratulowaniem samemu sobie sprytu nie zauważył nawet, że Petunia skończyła zszywać jego ranę i następne ukłucie na plecach spowodowane było ostrzem noża. 
— Wstawaj — poleciła oschle.
Snape rozejrzał się w panice, ale zorientował się, że jego różdżka już od dawna nie leży tam, gdzie ją zostawił. Wstyd przyznać, ale Ślizgon dał się przechytrzyć Ślizgonce.
— Czary byłyby dla ciebie zbyt finezyjne, jak sądzę? — ironizował, próbując grać na czasie i nadal się rozglądając. 
Petunia uśmiechnęła się zimno i nacisnęła nożem na świeżą ranę, z której ponownie pociekła strużka krwi. Severus wydał z siebie stłumione warknięcie.
— Nie próbuj się mądrzyć. Wstawaj. 
Wstał zatem, pozbawiony innych opcji. Sytuacja zawierała w sobie więcej ironii, niż mógłby zdzierżyć. Petunia poprowadziła go do salonu, ale niestety nie przewidziała w całej sytuacji jednej okoliczności. Dokładnie w chwili, gdy miała zamiar wydać dalsze instrukcje, szczęknął zamek w drzwiach frontowych. 

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Cudownie, że wróciłaś! Rozdział jak zawsze świetny i mam nadzieję, że na kolejny nie karzesz nam czekać tak długo... Bo to by już podchodziło pod maltretowanie ! :P
PetuniaxSnape! Bardzo mnie ciekawi jak to się rozwiąże :D
Pozdro i weny ! Dużo weny!

AiNanae pisze...

Cześć!
Na samym początku pragnę podziękować za zgłoszenie blogów do PolecanychFF.
Wszystkie Twoje opowiadania widnieją już na spisie. Prosiłabym jednak o umieszczenie linku do katalogu na wszystkich blogach, gdyż na obecną chwilę znajduje się on tylko tutaj. Mimo braku linków opublikowałam wszystkie zgłoszone opowiadania, ale ogromnie proszę o poprawę tego.

Pozdrawiam! ;)

Nocebo pisze...

I teraz najdzie ich Lily!

Wizja Petunii-czarownicy nadal bardzo mnie bawi. xD Cały czas mam przed oczami jej skrzywioną miną z filmów. Pewnie ze Snapem mogłaby mieć ładniejsze dziecko, ale tych dwoje chyba nie chciałoby jednak żadnych kaszojadów hodować (lepiej węże).

No dobra, Moody Blacków udupił, ale musi ich oddupić, bo ja bym jednak chciała więcej Syriusza i Avery'ego (nawet jeśli tego bardziej interesuje Regulus). Austriackie szczury i kompania gryfońsko-ślizgońska są zacne. :3 :3 :3

"Malfoyowie nigdy nie byli specjalnie normalni" - no shit, Sherlock. xD Już wiem po kim Harry odziedziczył swoją spostrzegawczość.

Prześlij komentarz