02.11.2017

Rozdział piąty

Lily Evans stała w progu rodzinnego domu. W mokrej, trzęsącej się z zimna dłoni ściskała dziurawą parasolkę Remusa. Jeden z jej ubłoconych kaloszy leżał na progu, drugi wciąż miała na nodze. Zdawała się nie dostrzegać tego faktu, tak jak i tego, że zostawiła za sobą otwarte na oścież drzwi. Wiatr i deszcz hulały w najlepsze. Dodatkowo wpraszały się teraz do przedpokoju Evansów i moczyły wyświechtany dywanik w indiańskie wzory.
— Li-… — Severus, nadal trzymany na ostrzu noża Petunii, zdążył wydać z siebie tylko zaskoczoną sylabę, zanim Lily sięgnęła po różdżkę i rozsądnie miotnęła w niego Petrificus Totalus. Urok poszedł nieco bokiem i prawie trafił w jej siostrę, która na szczęście pchnęła młodszego Ślizgona w strumień zaklęcia. Miała do wyboru albo to, albo dźgniętego w nerkę Severusa, a diabli wiedzieli, że nie czuła dzisiejszej nocy ochoty na więcej szwów. Gdy Snape padł bezwładnie na podłogę, Lily zatrzasnęła kopniakiem drzwi frontowe, rzuciła parasol na podłogę i ruszyła w stronę Petunii z wyciągniętą przed siebie różdżką.
— Co ty, u diabła, wyrabiasz?!
Niewzruszona tym Petunia stała dalej w miejscu i tylko unosiła brew, dając do zrozumienia, że gniew siostry nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia. 
— Mogłabym cię zapytać o to samo.
— Nie pogrywaj sobie ze mną, siostro! — Lily przyglądała się bacznie jej twarzy, ale gdy najwyraźniej nie wyczytała z niej objawów Imperiusa, schowała różdżkę do kieszeni swetra. — Co to miało być? Co on tu w ogóle robi?
Petunia odsunęła obutą w różowy kapeć stopę spod nieprzytomnego neo-Śmierciojada i z niechęcią odgarnęła tłuste włosy z jego twarzy.
— Drzemie sobie — skonstatowała z przekonaniem.
Lily nie wydała się być tym przekonana.
— Co tu się stało? — szepnęła.
— Gdzie byłaś? — odparła zadziornie Petunia.
Siostry patrzyły na siebie chwilę, zanim doszły do niemego porozumienia, że żadna nie zdoła tej nocy zachować swoich sekretów dla siebie. Gdy Petunia zaryglowała drzwi i zaklęciami pozbywała się powodzi z przedpokoju, Lily wpakowała bezwładnego Severusa do spiżarni w kuchni. Zostawiła go na podłodze między szafką z konfiturami a paczkami mąki. Chociaż światło w ciasnym pomieszczeniu było mdłe, Mroczny Znak na jego przedramieniu zdawał się lśnić w ciemności złowrogo. Pokręciła bezradnie głową.
— Coś ty z siebie zrobił, kretynie?
Na te słowa zza jej pleców wychyliła się Petunia, ściskając w dłoni stary szalik ojca.
— Może lepiej sweter…? — Lily przygryzła dolną wargę, gdy tymczasem jej starsza siostra parsknęła i związała Snape’owi ręce za plecami.
— Też coś. Robisz się miękka na starość.
— Wybacz! — Lily zacisnęła pięści. — To nie ja trzymam sobie sługusów ciemności na ostrzu noża, jakbyśmy grały w starym filmie szpiegowskim!
— Sługusów ciemności? — Petunia wzięła głęboki wdech, by powstrzymać śmiech. Zaklęciem zmusiła nici do posłusznego ułożenia się w koszyku na robótki ręczne. Dopiero teraz Lily zauważyła dość sporą kałużę krwi na podłodze i oparciu krzesła. Złapała siostrę za nadgarstek i usadziła ją przy stole. 
— Hej!
— Petunio Evans, jak pragnę zdrowia!
Chło-…!
Expelliarmus!
Petunia patrzyła z niedowierzaniem to na nietkniętą plamę krwi, to na Lily trzymającą obydwie różdżki w górze. 
— Co, mam skakać? — wycedziła, z tak dużą dozą ślizgońskiego jadu, na jaką było ją stać.
W obszernej kieszeni jej dresowych spodni wciąż spoczywała różdżka Snape’a, ale tej nie odważyłaby się użyć nawet w najbardziej podbramkowej sytuacji. Było coś obrzydliwego w używaniu cudzej różdżki. Nie do końca umiała sprecyzować to uczucie, ale instynktownie wiedziała, że leży gdzieś niedaleko niechcianego dotyku i oblizywania czyjegoś widelca. W końcu Lily osunęła się powoli na brudne krzesło i położyła obydwie różdżki na stole. Siostry siedziały w milczeniu, walcząc na spojrzenia.
— Nie możemy go tam trzymać w nieskończoność — zauważyła w końcu ta starsza.
— Więc lepiej tłumacz się szybko.

***

Augustus Rookwood rozglądał się z kwaśną miną po sali przesłuchań Wizengamotu. Ciasna i śmierdząca jak buty starego bibliotekarza, w tradycyjnym dla czarodziejów pięciokątnym kształcie, nie była nawet największą z dostępnych w Ministerstwie. Dwoje z pięciorga drzwi znajdujących się na przeciwległych bokach na szczycie schodów stały teraz otworem. Drewniane stare ławy przypominające zubożały uniwersytet z końca ubiegłego wieku przywodziły Rookwoodowi na myśl nudne wykłady z magii stosowanej profesora Bodena. Tyle tylko, że w zamku Durmstrang nigdy nie było tak piekielnie duszno… I głośno. Istotnie, panował nieziemski jak na ministerialną salę rozpraw rozgardiasz, a że Moody jeszcze nie przybył, Rookwood spodziewał się, że będzie tylko gorzej. Dodatkowo papiery rozprawy przetaczały się od ministra do ministra, a stojące na samym środku opasłe księgi prawa czarodziejów i kodeksów sprawiały, że całe zamieszanie przypominało zjazd niezrównoważonych pracowników dziekanatu, niż poważny proces sądowy w jednym z największych europejskich Ministerstw Magii.
Rookwood rozparł się nieelegancko na sztywnej ławie w drugim rzędzie zarezerwowanym dla Departamentu Tajemnic i z kwaśnym uśmieszkiem przyglądał się nowo przybyłym szychom. Fioletowe szaty Wizengamotu nigdy mu nie pasowały i cieszył się, że może pozostać przy czarnym stroju. Starszy sekretarz Ministra na ten przykład, Curtis Backstone zdaje się, wyglądał nader niezręcznie w wypożyczonym uniformie — nieustannie starał się odgarnąć zbyt szerokie rękawy i w miarę sprawnie podsuwać Ministrowi protokoły przesłuchań. Zabawne, właściwie wyglądało na to, że chłopak nie mógł ich znaleźć. Uśmieszek Rookwooda się poszerzył. Zapowiadało się ciekawie. Szef Departamentu Tajemnic w swoim własnym mniemaniu cieszył się bezkresnym zaufaniem zarówno jednej, jak i drugiej strony, dlatego też obserwacja porażki którejś z nich nie wpływała negatywnie na jego poczucie bezpieczeństwa. Siedział zatem jak panisko na swoim miejscu i czekał na dalszy rozwój wypadków. Na szczęście znajomi Rookwooda z wewnętrznego kręgu mieli na tyle rozumu, by na razie nie brać udziału w zbyt kontrowersyjnych akcjach.
Zebrany tłum wydał mu się bardzo… eklektyczny. Przede wszystkim skład sędziowski był niemal kompletny, co zdarzało się niezwykle rzadko. W rzędzie aurorskim również zbierało się coraz więcej osób, choć specjalnie pozostawiono jedno puste miejsce na środku. Rookwood domyślił się, że szef aurorów albo ostentacyjnie proces oleje, albo nie odmówi sobie wielkiego wejścia. Tak czy inaczej zastanawiająca była obecność oficjalnych granatowych szat. Chyba jeszcze nigdy nie widział, by aurorzy prezentowali się w taki sposób, chyba, że na pierwszym zaprzysiężeniu. Rozpoznał to jako gest polityczny i jego ciekawość wzrosła.
Sala w końcu zaczęła się uspokajać i większość czarodziejów umilkła. Zapełnione ławy sędziowskie i ministerialne bardzo przypominały mu zebranie sępów gotowych na żer. Zagadka oskarżenia wyjaśniła się dopiero wtedy, gdy Minister Minchum wyciągnął różdżkę, by zamknąć drzwi. Nie doszło jednak do tego, bo nagle wszystkie pozostałe otworzyły się z hukiem. Najpierw do sali wparował Alastor Moody, co było do przewidzenia, powiewając wyświechtanym płaszczem w kolorze przypominającym bardziej spraną czerń, niż granat. Bez słowa przywitania przepchnął się na swoje miejsce. Chwilę później przez tłum przetoczył się oburzony pomruk i z przeciwległych końców sali zaczęli napływać Blackowie. Rookwood nie mógł wytrzymać ze zdumienia i teraz przesunął się na sam brzeg ławy. Sędziowie Wizengamotu poruszyli się nieznacznie na swoich miejscach, a Curtis Backstone upuścił okulary. 
Dawniej przewodniczących Wizengamotu wybierano tylko na podstawie urodzenia, nie pozycji w Ministerstwie, i z tego względu dwanaście najbardziej starożytnych rodów do dziś posiadało symboliczne miejsca w ławach sędziowskich. Reprezentanci mieli prawo do zasiadania na poziomie sędziów i uczestniczenia w głosowaniu, ale była to tradycja przestarzała i od lat niepraktykowana. A teraz zjawili się wszyscy. Blade, podobne do siebie twarze i w większości czarne stroje sprawiały, że wyglądali jak bardzo snobistyczna armia. Pochód zamykała Walburga Black, która z siłą tarana bojowego wepchnęła się w sam środek rzędu, zerkając na Ministra wyzywająco z góry. Gdy Rookwood już myślał, że nastąpił koniec precedensów, jako ostatnia do sali weszła Andromeda. Poznał ją od razu. Jeśli Narcyza odziedziczyła urodę Blacków, a Bellatrix ich nieposkromioną moc magiczną, to Andromeda z pewnością dostała w genach niewiarygodną klasę. Zamknęła za sobą i z pewnością godną księżnej imperium zeszła po schodach prosto do rzędu rodziny. Walburga i Cygnus nawet na nią nie spojrzeli, ale Kasjopeja zaraz się przesunęła, by zrobić jej miejsce.
— Czy możemy zaczynać? — Minister Magii nie krył już irytacji. 
O ile na bankiecie starał się zachować pozory, teraz widać było wyraźne spięcie pomiędzy nim a niekwestionowaną matriarchinią rodu. Pomimo tego, że Blackowie zwykle nie czuli między sobą specjalnie silnej więzi, w przeciwieństwie do takich Malfoyów, teraz zacięte twarze przedstawiały jednomyślną groźbę.
— Nie chciałbym sądzić, że zamierzasz rozpocząć posiedzenie bez Naczelnego Maga i obrońcy, Ministrze.
Minchum zwrócił się w stronę ostatnich otwartych drzwi, przez które właśnie wparadował do sali nie kto inny, a sam Albus Dumbledore. Szef Departamentu Tajemnic prędzej zjadłby własną tiarę, niż zaprzeczył, że wybór stroju dyrektora Hogwartu również nie był tu bez znaczenia: srebrna szata z wyhaftowanymi konstelacjami błyszczała przy każdym kroku, a figury reprezentujące większe gwiazdozbiory poruszały się nieznacznie, stwarzając jednocześnie wspaniały, ale i niepokojący efekt.
— Oczywiście, że nie — wycedził Minchum. — Kto jest wybranym obrońcą? Czyżby pan, Dumbledore?
— Nie, nie, nie mogę zabierać dla siebie wszystkich zaszczytów.
Z ławy aurorskiej rozległo się chrapliwe parsknięcie i Rookwood nie musiał się nawet odwracać, by wiedzieć kto był jego źródłem. 
— Więc kto? — naciskał Minister.
Dumbledore wykonał skomplikowany gest w stronę reszty sali. Na samej górze nastąpiło poruszenie, gdy ze swojego miejsca podniósł się Alec Avery. Sędziowie zaczęli głośno protestować, a Ślizgon sprężystym krokiem zszedł na mównicę. Przyczesał przedwcześnie posiwiałe skronie i z zadowolonym uśmieszkiem rozejrzał się po sali.
— Panie Ministrze, szanowni magowie…
— Chyba żartujecie! — Tym razem Moody nie wytrzymał i podniósł się z miejsca tak szybko, że prawie znokautował siedzącego za sobą aurora. 
Rookwood złośliwie zauważył, że Moody opiera się na drewnianej lasce, którą ukrywał pod szatą. Wyraźnie noga musiała mu dziś dokuczać. 
— Cisza! Proszę o spokój! Cisza na sali obrad! — Minchum wycelował różdżkę w sufit i wypuścił z niej parę iskier, które wybuchły z wielkim hukiem przy sklepieniu.
— Panie Avery… — Minister zwrócił się do niego zmęczonym głosem.
— Mecenasie — poprawił go Alec, niezbyt dyskretnie wskazując na złotą odznakę przypiętą do piersi.
Mecenasie. — Z głosu Ministra aż kapał jad. — Jeżeli zechciałby pan się sprężyć z przedmową, byłbym niebywale zobowiązany. Ten teatrzyk już i tak nazbyt się przedłuża. — Ostatnia część wypowiedzi stopniowo narastała, by w końcu przerodzić się w krzyk. — Tak, do pana również mówię, aurorze Moody!
Uciszony szef aurorów usiadł z fuknięciem na miejscu. Drewniana laska stuknęła o skrzypiące deski podłogi. 
— Zaczynajmy — westchnął Minister Magii. 
Dumbledore odchrząknął, wyciągnął różdżkę i stuknął nią dwa razy o okrągłe, duże krzesło znajdujące się na środku pokoju. Zapadła cisza. Skrzypnęły malutkie drzwi znajdujące się przy podium sędziowskim i dwóch aurorów wprowadziło do sali oskarżonego. Rookwood wzdrygnął się nieznacznie, a z ławy zajmowanej przez Blacków podniósł się krzyk. Po kolejnej próbie uciszania, Minchum uciekł się do rzucenia na własne gardło Sonorus.
— Cisza na sali obrad! CISZA! Pani Black!
Wymęczony i lekko zdezorientowany Syriusz Black został usadzony na twardym krześle, które zaraz oplotły magiczne łańcuchy. Szarpnął się bezskutecznie, a potem wbił wściekłe spojrzenie w Dumbledore’a. Rookwood mógłby przysiąc, że wycedził do niego coś przypominające z grubsza „Zadowolony?”, ale siedział za daleko, by usłyszeć wyraźnie.
— Panie mecenasie, proszę — uznał władczo Minister.
— Dziękuję. — Avery wbił spojrzenie jastrzębia w Syriusza, który na jego widok szarpnął się jeszcze mocniej na krześle. — Na początek poprosiłbym aurorów o zdjęcie tych niedorzecznych łańcuchów. Mój klient już wystarczająco długo siedział w zamknięciu.
Klient? — warknął Syriusz, ale został uciszony stanowczym spojrzeniem Dumbledore’a. 
„Doprawdy,” pomyślał Rookwood, uśmiechając się pod nosem. „Chapeau bas, Dumbledore.” Czasem naprawdę myślał, że Albus był największym Ślizgonem z nich wszystkich. Wszak tylko prawdziwy Ślizgon dałby się dobrowolnie przydzielić do Gryffindoru, by nie wzbudzając niczyich podejrzeń w spokoju sterować wydarzeniami od wewnątrz. I do tego ten cyrk z cukierkami…
— Jak już mówiłem, mój klient nie wykazuje morderczych zapędów, nie został również uznany za niebezpiecznego, zatem wnoszę o zdjęcie łańcuchów. — Avery wyraźnie był w swoim żywiole wydawania rozkazów i patrzenia na wszystkich z góry.
— Pan Black został zatrzymany jako niebezpieczny zbieg, który brał udział w zamachu na mugolski parlament — odparł spokojnie Dumbledore, choć bez przekonania. 
— Różdżka pana Blacka została skonfiskowana — oponował niezwykle żywiołowo obrońca. — A że zdecydowanie nie wykazuje oznak posiadania magii bezróżdżkowej… — Po sali przetoczył się pomruk drwiącego śmiechu.
Dumbledore skinął głową i odwrócił się wyczekująco do Minchuma.
— Panie Ministrze?
Ten, pokonany, zacisnął tylko usta i machnął ręką na jednego z aurorów, który mechanicznym ruchem różdżki sprawił, że łańcuchy opadły na podłogę.
— Świetnie. — Avery złożył leżące przed sobą dokumenty w równy stosik i stuknął jego krawędzią o pulpit. — Zacznijmy od tego, że mój klient został uwięziony w Azkabanie bez procesu, co już samo w sobie poddaje wyrok pod wątpliwość.
Po sali poniósł się kolejny szmer. Tym razem Minchum nawet nie wysilał się, by kogokolwiek uciszać. Przymknął na chwilę oczy i dał obrońcy napawać się powstałym chaosem. Alec Avery doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co powiedział i jaką wywołał reakcję. Rookwood zerknął na Moody’ego, który był gotów wyzwać wszystkich od konspiratorów i czarnoksiężników. Nie zrobił tego, a przynajmniej nie na głos. Na jego twarzy odmalowywała się jednak czysta furia.
— Pan Black został przyłapany na konspirowaniu z czarnoksiężnikami — przypomniał nad wyraz obojętnie Dumbledore.
— Ze Śmierciożercami — poprawił Minchum.
— Jeżeli tak się teraz nazywają… — Dyrektor Hogwartu rozłożył ręce. 
— Absolutnie — uznał poważnie Avery. — I wszystko to zostało wzięte pod uwagę w raportach i transkrypcjach z przesłuchań, jak mniemam?
Naczelny Mag i Minister umilkli. W rzędzie aurorskim skrzypnęła podłoga. Moody znów się podniósł, tym razem spokojniej i powiedział:
— Nie próbuj się wykręcać, Avery. To ja osobiście ich przesłuchiwałem. Z tobą włącznie!
Obrońca uśmiechnął się uprzejmie, choć uśmiech nie obejmował jego oczu. Te były wpatrzone w aurora z nienawiścią.
— Zapewne chodzi o moje prywatne spotkanie z oskarżonym.
— Od kiedy się niby spotykacie? — warknął auror.
— Od kiedy to życie prywatne porządnego czarodzieja podlega kontroli aurorskiej?
Zanim zaciekły auror zdołał cokolwiek odpowiedzieć, Minchum wstał i krzyknął:
— Aurorze Moody! Przypominam, że nie został pan wezwany w charakterze świadka. Jeszcze jedna próba odwrócenia uwagi od procesu i każę wyprosić pana z sali.
Moody zgrzytnął zębami, skinął Ministrowii Magii głową i usiadł ciężko na miejsce.
— A zatem — kontynuował Avery — mój klient został uwięziony w Azkabanie na podstawie domniemanych oskarżeń i koneksji z zamachowcem na parlament. Jeżeli zaczniemy skazywać ludzi tylko za drzewo genealogiczne, to bardzo mi przykro, ale połowa magicznej społeczności pójdzie siedzieć.
— Mecenasie, jeszcze nie czas na mowę końcową — upomniał go Dumbledore. — Syriusz Black został aresztowany przez aurora Moody’ego nie za spotkanie z panem, a za aktywną konspirację z mordercą ściganym listem gończym.
Avery zacisnął usta. 
— Gdyby jeszcze tylko były na to jakieś dowody…
Na tym zakończyła się dyskusja opozycyjnych stron i meritum sprawy zostało przedstawione. Dumbledore zwrócił się do Minchuma, który podniósł się opornie z krzesła. 
— Panowie, cała sytuacja jest precedensowa — zaczął. —Nadużyto wobec pana Blacka aurorskiej władzy, niemniej jednak nie mogę w całości zignorować stawianych mu zarzutów. Niejasna linia obrony nie pozostawia wiele do wyboru. Wygląda na to, że możemy wszystko rozstrzygnąć tylko za pomocą veritaserum.
Po sali podniósł się nowy szmer. Avery lekko pobladł. Syriusz poruszył się niespokojnie na krześle. Rookwood zerkał raz po raz na obrońcę, uśmiechając się coraz złośliwiej. Był sprytny, ale nie aż tak bardzo, jak mu się wydawało. Obserwowanie jego porażki będzie nader satysfakcjonujące. Alec Avery nie należał jednak do ludzi, którzy szybko się poddają. Jako rasowy Ślizgon natychmiast przyjął inną taktykę:
— W takim razie chciałbym zamienić z moim klientem kilka słów na osobności. 
Minchum zwrócił się do składu sędziowskiego.
— Zarządzam zatem głosowanie — ogłosił, bez przekonania. — Wszyscy za…?
Blackowie jak jeden mąż podnieśli ręce. Nawet jeśli sędziowie zgłoszą przytłaczający sprzeciw, nie będzie to miało wielkiego znaczenia. Minchum doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego pytanie o sprzeciw było tylko formalnością. Aurorzy odeskortowali Syriusza do małego pokoju znajdującego się przy sali rozpraw. Avery podążył za nimi.
— Mamy pięć minut — poinformował Blacka, gdy tylko za strażnikami zamknęły się drzwi.
— W co ty pogrywasz, Avery? — syknął zaraz buntowniczo Syriusz i przyjął postawę obronną, gdy Alec wyciągnął przed siebie różdżkę.
— Rzucę na ciebie Imperiusa — poinformował go rzeczowo, ściszając głos.
— Chyba żartujesz! — Syriusz odsunął się pod ścianę. 
— Zamknij się! — Avery odwrócił się szybko przez ramię. — Nie mamy czasu. Mam plan. 
— O jakże się cieszę. Jak dotąd twoje plany były przecież wielkim sukcesem!
— Zamknij się. Przy zeznaniach pod veritaserum tylko ja i Dumbledore możemy zadawać ci pytania. Więc musisz zeznać zgodnie z prawdą.
— No to jesteśmy w dupie — odgryzł się Syriusz.
— Nie, ty uparty kretynie. Przestań się szarpać. Zeznasz zgodnie z prawdą, że Śmierciożerca rzucił na ciebie urok i kazał ci robić… rzeczy. Na które nie miałeś ochoty.
Po twarzy Blacka przemknął cień zrozumienia.
— No chyba nie!
— Tak — warknął stanowczo Avery i zbliżył się do niego. — Masz jakiś lepszy pomysł?
Syriusz zastanowił się poważnie.
— Po co to właściwie robisz? — zapytał.
— Dumbledore.
— To niczego nie wyjaśnia — prychnął. — Czemu Dumbledore chce mi pomóc?
— Bo jesteś jego Złotym Chłopcem Gryffindoru, ty durniu! — Alec przewrócił oczami. — A teraz cicho. I zrelaksuj się.
— Czerpiesz z tego stanowczo zbyt dużą satysfakcję.
— Przestań. — Śmierciożerca na powrót uniósł różdżkę. — Czymże jest jedno małe Niewybaczalne pośród przyjaciół?