04.02.2018

Rozdział szósty

A/N: Przepraszam, że tyle to trwało.



— Jeżeli Naczelny Mag zechce podejść do barierki… 
Minister Minchum już prawie położył się na pulpicie przed sobą. Na czoło wstąpił pot, szczęki zaciskały się coraz bardziej nerwowo. To co odgrywało się przed jego oczami, nie wspominając o zajadłych komentarzach ze strony loży Blacków, było farsą. Syriusz Black jako świadek i jako kozioł ofiarny okazał się kompletnie bezużyteczny. Nie tylko zdawał się być teraz nieobecny duchem i odpowiadał na pytania bez ładu i składu, ale przeprowadzone wcześniej przesłuchanie za pomocą veritaserum nie ukazało żadnych konstruktywnych dowodów przeciwko niemu. Grunt palił się Ministrowi Magii pod nogami i był tego bardzo boleśnie świadom. Na jego nieszczęście, Dumbledore był również.
— Panie Ministrze? — Starszy czarodziej splótł palce dłoni i schował je w rękawach ekstrawaganckiej szaty.
Konstelacja Wężownika owinęła się majestatycznie wokół jego nadgarstka.
— Dumbledore, jeżeli szanowni członkowie rady Wizengamotu nie dojdą do konsensusu przy następnym głosowaniu będę musiał unieważnić cały proces. — Minister starał się mówić szeptem, ale na jego nieszczęście w sali panowała tak przejmująca cisza, że na nic się to zdało. Oczyma wyobraźni już widział, jak Barty Crouch wnioskuje przed radą o jego dymisję.
Dumbledore rozłożył szeroko ręce, jak gdyby chciał powiedzieć „Czego ty ode mnie chcesz?”. Za jego plecami rozległy się szmery, zaraz potem po sali poniosło się parsknięcie dochodzące z loży aurorskiej. Ze strony Blacków jak na komendę skrzypnęło kilka siedzeń, ktoś wyciągnął różdżkę, ktoś inny przeklął po niemiecku.
— Spokój! — Tego było najwyraźniej za wiele i Minchum ostatecznie stracił cierpliwość. 
— Spokój na sali obrad! — Teraz walnął ręką o pulpit. — Auror Moody zostaje wyproszony z sali, proszę o zaznaczenie tego w protokole. Nie, aurorze Grisham, nie jest to ani trochę zabawne! Jedynie w pana mniemaniu sytuacja jest jakkolwiek zabawna. Dość tej żenady. Zarządzam przyspieszone głosowanie! Są sprzeciwy?

***

W przejściu przed salą rozpraw tłoczyli się czarodzieje, aurorzy i członkowie Wizengamotu. Reporterzy nie mieli prawa wstępu do tej części Ministerstwa, ale nic straconego: hałas i jazgot rozmów niosące się po korytarzu miały taką siłę, że prawdopodobnie docierały aż do najdalszych zakątków kilku sąsiednich pięter. Syriusz sterczał przy ścianie jak kołek, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Uniewinnienie miało natychmiastową moc, ale mimo wszystko skutki uboczne veritaserum, Imperiusa i głębokiego szoku z faktu bycia uratowanym przez Śmierciożercę odcisnęły na nim swoje piętno. 
— Przypuszczam, że możemy już iść. — Tuż przy uchu Syriusza rozległ się znajomy głos.
Spojrzał w górę, by napotkać spojrzenie wesołych, błękitnych oczu.
— Tak, sądzę, że czas najwyższy. — Dumbledore wyciągnął z kieszeni obszernej szaty staromodny zegarek, w klapce którego znajdowało się pożółkłe zdjęcie. Syriusz nie dostrzegł jednak czyje. — Przejdźmy się do windy?
Syriusz nie protestował. Głównie dlatego, że po tych długich tygodniach w Azkabanie ubrania wisiały na nim jak na starym wieszaku i obawiał się, że na schodach mógłby zgubić spodnie. W oburzonym tłumie członków składu sędziowskiego dostrzegł jeszcze Andromedę, która mrugnęła do niego porozumiewawczo. Avery zniknął zanim Syriusz zdążył się dobrze rozejrzeć, a własna matka, był tego pewien, nie miała ochoty go oglądać. Przeprowadziła tę szopkę wyłącznie, by pogrążyć Moody’ego. Udało jej się, bo gdy Syriusz napotkał go przy windzie, auror wyglądał jakby chciał splunąć dyrektorowi pod nogi. Postawił kołnierz wytartego płaszcza i skrzywił się z pogardą.
— Alastorze…
— Nie próbuj nawet — fuknął i stuknął końcem papierosa o papierośnicę.
Syriusz wcisnął się w róg windy, chcąc jak najszybciej oddalić się od sali rozpraw. Skołowany i senny, wiedział, że nie jest w swojej najlepszej formie, nawet pomimo odzyskania różdżki.
— To był bardzo długi tydzień, Alastorze — spróbował znów Dumbledore. 
Moody nawet na niego nie spojrzał. Trzasnęły drzwi i śmignęli na górę. Syriusz patrzył to na jednego, to na drugiego, ale nie padło między nimi nic więcej. Alastor kopcił papierosa z oburzeniem, a dyrektor Hogwartu zdawał się jak zwykle wiedzieć więcej niż przeciętny śmiertelnik, co objawiało się nad wyraz protekcjonalnym uśmiechem.
— Ach. — Oznajmił, gdy się zatrzymali, zupełnie jakby zaprogramował windę własnoręcznie.
I być może tak było, skąd Syriusz miałby wiedzieć. Jeśli o niego chodziło, równie dobrze całe jego życie mogło być skrupulatnie zaplanowanym scenariuszem jakiejś podłej opery. Włoskiej, prawdopodobnie. Moody przepchnął się do wyjścia pierwszy i ruszył ciemnym korytarzem przed siebie, nie oglądając się na nikogo. Dumbledore tymczasem znów wyjął zegarek, konsultując się z niejasno zaprojektowaną tarczą pełną planet, gwiazd i wskazówek poruszających się na wszystkie strony.
— Czas na mnie. I na ciebie zresztą też, Syriuszu. — Klapka kliknęła głośno i cebula wróciła do przepastnej kieszeni ekstrawaganckiej szaty. — Ten korytarz powinien wyprowadzić cię do wyjścia przy Victoria Station. 
— Czy Avery…? — wychrypiał, dopiero teraz zdając sobie sprawę, jak suche miał gardło.
— Intruz. Barachło. Nieprawdopodobny łajdak — oznajmił Dumbledore z serdecznym uśmiechem i poklepał młodego Blacka po ramieniu, zanim wypchnął go z windy i śmignął ciemnym szybem z powrotem w dół.
Własne miejsce w hierarchii jeszcze nigdy nie wydawało się Syriuszowi tak niejasne.

***

Włosy wypadały mu coraz częściej. Nie przejmował się tym wcale i po prostu przyjmował to jako jeszcze jeden szczebel w kierunku szczytu.
— Ogień nie może zabić smoka, Rookwood. — Voldemort wypuścił kępkę ciemnych włosów na wiatr i poprawił kaptur. — Trzeba było interweniować zanim Snape dorwał się do eksperymentalnych substancji.
— Ale panie…
— Regulus Black żyje, Rookwood. — Voldemort zamyślił się na moment. — „Żyje” to może za mocne słowo, ale… — Przesunął sino-różowym językiem po nadpsutych zębach. — Ale z pewnością to, co się z nim stało jest daleko bardziej interesujące od śmierci.
— Tak, mój panie. — Rookwood wyraźnie nie pojmował subtelnego podtekstu tej konwersacji,  bo i też konwersacją nie można było tego nazwać. 
Lord zdawał się po prostu głośno myśleć i potrzebować do tego posłusznej widowni. Dla własnego dobra jednak Rookwood oczyścił umysł i zgiął się służalczo w pół. Niczego to nie dało. Ostatnie wahania nastroju Czarnego Pana zdarzały się coraz częściej. Jego najbardziej oddani wyznawcy zauważyli subtelną przemianę jako pierwsi, ale teraz już nawet średni rangą Rookwood zdawał sobie sprawę, że coś osobliwego działo się z jego Lordem. Zwykle szczupły — teraz chudy — coraz częściej się drapał i nie wychodził na słońce. Niektóre materiały, oprócz tych najdelikatniejszych, drażniły jego skórę, więc nosił tylko obszerne, ciemne szaty. Świetnie skrojone, to fakt, ale bardzo różne od jego dawnych eleganckich strojów. Teraz Voldemort pocierał zaczerwieniony, łuszczący się nos zbyt mocno i patrzył na Rookwooda zaczerwienionymi, mętnymi oczami. Część lewego nozdrza zdawała się odpaść już dawno i teraz to samo zaczynało się dziać z prawą stroną.
Pierwsze zaklęcie było szybkie i zwinne. Poczuł, że się dusi i padł na rozmiękłą murawę, zwijając się i kopiąc bezwładnie nogami. Zamknął oczy. Najgorsze było to, że wyczekiwał tych spotkań i teraz zdradzała go potężna erekcja. Chociaż nie — najgorszym było to, że Czarny Pan doskonale o wszystkim wiedział. 
— Rookwood. — Voldemort opuścił różdżkę, a drugi czarodziej, wierzgając konwulsyjnie, wziął pierwszy desperacki oddech. — Zaskakujesz mnie. Czy mam zacząć cię karać jak skrzata?

***

Petunia miała wrażenie, że przebywa w nastoletnich fantazjach jakiejś Gryfonki ze swoich czasów szkolnych. Oto tuż obok niej stał mokry sen każdego profesora, Remus Lupin we własnej kujońskiej osobie, a po drugiej stronie Miss Popularności, gwiazda, prymuska i ulubienica szeroko pojętego tłumu — jej siostra. Na środku salonu natomiast, przywiązany do krzesła należącego do zestawu, który rodzice dostali w prezencie ślubnym od dziadków, siedział Snape… który prawdopodobnie nie wpisywał się w niczyją fantazję, ale jednak odgrywał kluczową rolę w farsie.
— Nie możemy go tu trzymać — powiedział Remus po raz setny. 
— Musimy wezwać aurorów — odparła Lily, potrząsając dramatycznie rudą grzywą.
Wymieniali podobne zdania odkąd Gryfonka wezwała go przez kominek, wmawiając Petunii, że Lupin na pewno przedstawi rozsądne rozwiązanie na ich śmierciożerczy dylemat. Nic z tych rzeczy, ostatnie pół godziny spędzili na wzajemnym klepaniu się po ramieniu i szukaniu u niej aprobaty na swoje debilne koncepcje.
Petunia była zmęczona. Zarwała noc właściwie po nic. Zimny poranek pokrył pola Surrey śliską rosą i cała okolica budziła się do życia, a ją tymczasem zżerał głód i męczyła migrena. Zwinęła się w fotelu, w którym poprzednio czytała, i teraz walczyła ze Snape’em na spojrzenia. Na razie wygrywał trzy do jednego i postanowiła dawać mu wygrywać dopóki albo nie zaśnie, albo ktoś w końcu nie powie czegoś rozsądnego.
— Lily, wydanie go aurorom nic nie da. 
— To ty tak sądzisz, Rem! — Dźgnęła go palcem w ramię. — Czy mi się wydaje, czy go bronisz?
Remus westchnął ciężko.
— Masz paranoję. Po prostu próbuję przemówić ci do rozsądku. W tym momencie samowolne rozporządzanie czyimś życiem nie da przewagi żadnej ze stron.
Petunia odwróciła wzrok od Snape’a i wpatrzyła się w ścianę, zbierając myśli. Miał rację. Niechętnie to przyznała, ale miał absolutną rację. Snape nie był ważną figurą, był zwykłym pionkiem. Do tego prawdopodobnie spalonym. Skąd pewność, że nikt nie wiedział, gdzie teraz przebywał? Co jeżeli ich dom znajdował się teraz na celowniku Śmierciożerców? Co jeżeli próbowali Snape’a wzywać przez całą noc, a on ich ignorował? Albo myślą, że nie żyje, albo już uznali go za zdrajcę. Tak czy siak, nic im po nim i trzymanie go tu przysporzy więcej problemów, niż pożytku.
— Wzywaj aurorów — poleciła Petunia, podnosząc się niemrawo z fotela. Kark jej zesztywniał, a ból brzucha nasilał się z każdą następną godziną. 
Snape spojrzał na nią z wyrzutem, czego nie mogła jednak zobaczyć, bo skierowała się na schody.  Lily zadarła dumnie głowę, a Remus skapitulował. 
— Aurorzy nic mi nie zrobią, ty zidiociała szlamo — wysyczał Snape nienawistnie, wiercąc się na krześle. 
— Och nie, odkrył mój sekret. — Petunia pokręciła głową i wzniosła oczy do nieba. — Już nigdy nie wyjdę dobrze za mąż.
Snape zacisnął mocno usta, więc w efekcie niemal przestały być widoczne. Lupin i Lily patrzyli na Ślizgonów z powątpiewaniem.
— Już raz mnie dostali w swoje ręce i nie postawili mi żadnych zarzutów. Myślisz, że teraz będzie inaczej? — Snape nadal bezskutecznie próbował zwrócić jej uwagę i przy okazji zmanipulować fakty na swoją korzyść. 
Petunia parsknęła i odwróciła się na pięcie.
— W takim razie pozostaje nam już tylko morderstwo. Siostro, czyń honory. 
— Petunio…
— No to dzwoń po policję, Lupin, naprawdę. Jak wam wygodniej. 
— Czekaj. — Snape początkowo sądził, że starsza siostra Evans jest odpowiednią osobą do przeciągnięcia na swoją stronę, ale teraz najwyraźniej zmienił zdanie. 
— Na co? — Petunia patrzyła na niego z pogardą. — Nie masz żadnych asów w rękawie, nikogo po swojej stronie. Którą kartą zamierzasz zagrać? Jeżeli domową, to błagam, oszczędź mi żenady.
— Pozostaje ci albo iść do Azkabanu, albo zostać naszym niewolnikiem  — zakpiła Lily. 
Severus zwrócił się w jej stronę, wyraźnie kontemplując propozycję.
— Nie! — zagrzmiał Remus, zanim ktokolwiek zdołał przekonać się do tego poronionego pomysłu. — Nie ma nawet mowy. Nikt nie zostaje niczyim niewolnikiem. 
— Ale do Azkabanu to już mogę, tak? — syknął Snape.
— Uspokójcie się! — Remus zignorował tę uwagę, zajęty swoim teatrem jednego aktora.
Severus wbił wygłodniałe spojrzenie w Lily, na co Petunia zaklęła pod nosem.
— Ale pomyśl, Rem — szeptała wciąż Lily konspiracyjnie — moglibyśmy autentycznie mieć kogoś po swojej stronie… po tamtej!
— Chyba na głowę upadłaś — żachnęła się Petunia.
— Popieram — burknął Snape.
— Daj spokój. Będzie ostrożny, przecież to Snape — perorowała Lily.
Lily!
To autentycznie może przeważyć szalę! I to na naszą korzyść. Sam zresztą mówiłeś, że Se… Snape nie jest nikim ważnym. Kto się zorientuje?
— Czy ja wiem, no może tylko Sama-Wiesz-Kto?! — ryknął Remus.
Petunia nie mogła ich już powoli słuchać. Do pełnego efektu Gryfonom brakowało chyba tylko machania rękami i tupania nóżką. Potarła twarz dłońmi i wpatrzyła się w Snape’a z pretensją. On zdawał się być całkiem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Ostatnim razem, gdy wrogowie kłócili mu się nad głową, udało mu się zbiec z sekretnego aresztu aurorów. Zastanawiał się, na co wpadnie tym razem. Gryfońskie przepychanki zaczynały go już jednak nudzić, więc przeniósł swoją uwagę na Petunię.
— Możesz przyznać się do porażki w każdej chwili, nie obrażę się.
— Wal się. 
Uśmiechnął się z satysfakcją. Nigdy nie osiągnęła biegłości w potyczkach słownych. Podłe plotki i donosicielstwo były dużo bardziej w jej stylu.
— Nie jesteś aż tak bystry, jak ci się wydaje — dodała.
— Przeciwnie. — Zerknął na wciąż przekomarzających się Gryfonów.
— W końcu powinie ci się noga, Snape. Nie mogę się tego wprost doczekać. 
Na tym etapie Petunia aż buzowała, a on uznał, że świetnym pomysłem będzie prowokować ją dalej:
— Muszę się zmartwić, bo nadal mam się świetnie.
— Tylko dlatego, że nikt nie ma na ciebie dostatecznie wielkiego haka! Ale ja mam! Widziałam! — wykrzyczała na jednym wdechu i dopiero, gdy słowa padły z jej ust, zorientowała się co dokładnie powiedziała.
Po raz pierwszy od dawna w salonie zapadła kompletna cisza.
— Nie — powiedział w końcu Snape, przerywając milczenie. — Nie wiem o czym mówisz.
Remus przesunął się powoli przed Lily, zupełnie jakby spodziewał się, że Severus rzuci się na nią razem z krzesłem. Petunia natomiast postąpiła krok do przodu i odchyliła je tak, by Snape stracił grunt pod nogami i był zdany całkowicie na jej łaskę i niełaskę. Widocznie postanowiła postawić wszystko na jedną kartę:
— Naprawdę?
— Nie zrobisz tego — apelował, już nie tak pewny siebie.
— To patrz. — Z satysfakcją obserwowała, jak się zwija. 
— Jesteś zdrowo rąbnięta, Evans, jeżeli myślisz…
— Petunio. Chyba naprawdę już wystarczy.
— Milcz, Lupin. Dorośli rozmawiają. — Petunia wyciągnęła z kieszeni ogrodniczek różdżkę Snape’a i pomachała mu nią przed nosem. — To jak? Twój ruch.
Severus zrobił się jeszcze bledszy niż zwykle. Wbił wygłodniałe spojrzenie w swoją różdżkę i wyglądał, jakby kontemplował opcję rzucenia zaklęcia teleportacyjnego ustami. W końcu sięgnął po ostatnią deskę ratunku i siłą wtargnął do umysłu Petunii. Zrobił to tak gwałtownie, że straciła równowagę i puściła jego krzesło. Runął na podłogę, a ona zacisnęła oczy, czując, że zbiera jej się na mdłości. Lily natychmiast podbiegła ją podtrzymać. Snape natomiast leżał bez ruchu, na zewnątrz całkowicie spokojny, ale w środku przeklinał na całe gardło i darł włosy z głowy. To, co zobaczył to nie żaden blef, a pierwszej klasy hak. Zrobił mentalną notatkę, by odszczekać wszystko, co kiedykolwiek powiedział na temat niezasłużonej przynależności Petunii do Slytherinu. Gdy Remus podniósł go jednym szarpnięciem do pozycji siedzącej, Severus wiedział, że jest w głębokim bagnie. Jeżeli się nie zgodzi, był pewien, że Petunia zacznie gadać. Jeżeli natomiast weźmie udział w tym poronionym pomyśle ratowania świata… Czarny Pan to pikuś w porównaniu z tym, co zrobi mu Lucjusz za wyjawienie jego najczarniejszego sekretu.

***

Syriusz nie do końca wiedział co dalej ze sobą począć, więc wcisnął ręce głębiej w kieszenie wysłużonej kurtki i patrzył dalej niewidzącym wzrokiem na pub po drugiej stronie ulicy. Ludzie przelewający się w stronę London Victoria stanowili jednolitą masę spieszących nie wiadomo dokąd mugoli, którym też przyglądał się z coraz większą pogardą. I gdy już egzaltacja własnej przykrej sytuacji wymykała mu się powoli spod kontroli, przejmujący odgłos klaksonu wyrwał go skutecznie z zamyślenia. Szpanerski czerwony Ford Mustang cabrio zatrzymał się przed nim z piskiem opon, prawie oblewając go błotnistą kałużą.
— Wsiadaj, frajerze!
Syriusz zamrugał z niedowierzaniem.
— James?
Potter wyszczerzył zęby z siedzenia kierowcy.
— No a kto ma być?
Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać. Wskoczył pospiesznie na miejsce pasażera, a Potter dodał gazu. Pomknęli Victoria Street, przejeżdżając wszystkie skrzyżowania w zawrotnym tempie. James zwolnił dopiero niedaleko Eccleston Square, ale jak się okazało tylko po to, by wziąć ostry zakręt w kolejną przecznicę. Przy konsulacie egipskim zahamował tak gwałtownie, że samochód niemal stanął dęba. Syriusz ścisnął spoconą dłonią uchwyt przy drzwiach i odwrócił się do przyjaciela z pretensją.
— James! Co do cholery?!
Potter ze stoickim spokojem sięgnął do schowka na rękawiczki i zaczął w nim grzebać. Światło zdążyło się zmienić z czerwonego na zielone i kierowcy z tyłu trąbili niecierpliwie, a on miał to w głębokim poważaniu. W końcu, gdy podłogę samochodu i kolana Blacka zasłały już mapy, zapasowe klucze, szklane kulki, odłamki połamanych różdżek, kostki do gitary i inne niezbędne badziewie, wyciągnął okulary przeciwsłoneczne, włożył je na nos i posłał przyjacielowi kolejny zniewalający uśmiech. Syriusz parsknął i pokręcił głową. 
— Wyglądasz jak palant. 
— Taki był plan.
Ruszyli znów z kopyta. Na skrzyżowaniu nieomal zmietli dowodzącego ruchem policjanta, który zaraz gwizdnął na nich ile sił w płucach. Chwilę później rozległa się syrena alarmowa i zaczął ich gonić patrol. Syriusz odwrócił się zaraz, by lepiej widzieć. 
— Zawsze chciałem taki motor — przyznał.
James zerknął w lusterko i skręcił ostro w jednokierunkową. Jechali pod prąd po kocich łbach, więc w efekcie prawie zderzyli się z rowerzystą i dwoma nastolatkami na skuterze. Wyjechali z zawrotną prędkością na most, którym pomknęli na drugą stronę Tamizy. Gdy stanęli znowu na światłach, James przekręcił tajemniczo wyglądającą gałkę przy skrzyni biegów. Syriusz przyjrzał się bliżej. 
— Bezpośredni wlew eliksiru konfundującego do silnika — wyjaśnił zaraz James.
Black zarechotał i rozparł się wygodniej w fotelu. Nie zwolnili ani trochę. Mknęli przez cały Londyn, zostawiając za sobą obłok spalin i dezorientujących oparów. Wyjechali na drogę za miasto, gdzie James rozwinął pełną prędkość. Syriusz wyglądał za okno i nawet przeczesał włosy palcami raz czy dwa, by nadać fryzurze jakikolwiek kształt. James uśmiechnął się pod nosem na ten widok i włączył radio. Znał swojego przyjaciela lepiej niż on siebie i doskonale wiedział, czego mu było trzeba. 
— Twoi rodzice będą w domu? — zapytał Syriusz, gdy zobaczył znajomą okolicę bogatych przedmieść.
— Wyjechali do rodziny. Nie będzie ich cały weekend.
Na tę wiadomość Black odprężył się bardziej i zaczął kręcić gałką radia, szukając muzycznej stacji. Tak naprawdę James miał pewność, że rodzice nie wrócą przynajmniej do końca miesiąca. W odpowiednich kręgach przyjęcia w letniej rezydencji Blacków stanowiły już swojego rodzaju legendę.