12.06.2017

Rozdział trzeci

A/N: Praca magisterska wysłana do (cudownie zresztą nazwanego) systemu ASAP, można fanfikować. W dzisiejszym odcinku zapraszam wszystkich do mojej ulubionej gry — zagrajmy w „pierdolkanon”.



Dom zdawał się przedstawiać sobą większość stereotypów związanych z opuszczonymi willami czystokrwistych. Już sam fakt tego, że był położony tuż przy morzu nadawał sytuacji niepotrzebnego dramatyzmu. Huk fal rozbijających się o kamienisty brzeg skutecznie zagłuszał myśli. Prowadząca do willi ledwo widoczna ścieżka z jednej strony kończyła się stromym klifem, a z drugiej prowadziła do przysłoniętego uschniętymi pnączami żelaznego ogrodzenia. Otaczające to wszystko wrzosowiska szumiały nieustannie, a słony wiatr nadawał wszystkiemu atmosferę klinicznej schizofrenii. Syriusz mógłby przysiąc, że słyszy głosy przodków, które odciągają go od szalonego pomysłu podążania za psychopatą. 
Sama konstrukcja opustoszałego grande maison prezentowała się wręcz upiornie. Dach we frontowej części niemal całkowicie zapadł się do środka. Gałęzie palm przebiły się przez szklane ściany oranżerii, której niegdyś egzotyczne zbiory teraz usychały w zapomnieniu. Wyrwana z zawiasów frontowa brama leżała kilka jardów od ogrodzenia i wyglądała, jakby odrzucił ją tam potężny wybuch. Kostki brukowanego podjazdu wypaczyły się przez błoto i trawy i teraz trudno było po nich stąpać tak, by się przypadkiem nie wywalić. Innymi słowy — ogród wokół willi był solidnie zapuszczony i od dawna rządził się własnymi prawami. Gdy Syriusz mijał wyschniętą fontannę, w której obecnie pływała tylko stęchła deszczówka, zauważył wyryty w kamiennym dnie herb. Mógłby przysiąc, że wyglądał bardzo znajomo.
— Pięknie się urządziliście — zagaił swobodnie, podążając za Śmierciożercą po śliskim, pokrytym błotem bruku.
Avery spojrzał na niego przez ramię, nie zaszczycając go odpowiedzią. Niestety tani alkohol został przez Syriusza niemal całkowicie przetrawiony, więc na domiar wszystkiego pozostawał w tej absurdalnej sytuacji boleśnie trzeźwy. Gdy stanęli na szczycie schodów, ciężkie drzwi wejściowe otworzyły się przed nimi same. W środku willa wyglądała jeszcze gorzej, niż na zewnątrz. Zdecydowana większość szyb była powybijana, a bogato zdobione kafelki podłogowe niemal całkowicie popękane. Nie paliło się żadne światło — część ciężkich kandelabrów oderwała się od ścian razem z tynkiem. Meble przykrywały poszarzałe prześcieradła, a na samym środku hallu leżał ogromny, wbity w podłogę potłuczony żyrandol.
Shabby chic? — Syriusz rozejrzał się wokół z udawaną swobodą.
W tym samym momencie drzwi zatrzasnęły się z głuchym łoskotem. Zapadła dzwoniąca w uszach cisza, którą znienacka przerwał suchy trzask teleportacji. Na szczycie schodów zmaterializował się chudy chłopak w czarnej szacie. Syriusz postąpił krok do przodu i automatycznie wyciągnął przed siebie różdżkę. Te tłuste włosy i wielki nos poznałby dosłownie wszędzie, nawet w tak mdłym świetle jak to. Nagle wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca. Dwa kamienne węże na herbie w fontannie nie tworzyły ozdobnych łuków — układały się w podwójne „s”. Powinien był się domyślić! Niestety Gryfon nigdy nie należał do wielkich myślicieli, dlatego teraz czuł, że dał się podejść jak dziecko.
— Snape! — warknął Huncwot i w mgnieniu oka posłał w stronę Śmierciożercy zaklęcie, którego ten nawet nie sparował. Po prostu odchylił się nieznacznie i pozwolił klątwie rozbić się o obłażącą z tynku ścianę.
— Black. — Snape stał wyprostowany jak struna, a tymczasem przy bogato zdobionej balustradzie na częściowo zawalonym półpiętrze aportowało się jeszcze dwóch mężczyzn w czerni. Wymierzyli w Syriusza różdżki, a on wytworzył wokół siebie tarczę ochronną, wyraźnie szykując się do ofensywy.
— Stać! — Avery przepchnął się przed Syriusza i wbiegł na schody.
Chociaż był najniższy z nich wszystkich, pozostali dwaj Śmierciożercy zdawali się go słuchać. Tylko Snape nie odpuszczał bojowej pozycji. Zmienił zdanie dopiero, gdy Avery warknął na niego po nazwisku. Black obserwował otoczenie czujnie, choć głównie nie spuszczał z oka szkolnego wroga.
— Nie mówiłeś, że to zebranie całego stada — syknął do Avery’ego, który teraz kompletnie nie zwracał na niego uwagi. Zajęty był mierzeniem się na spojrzenia ze Snape’em, który po dłuższych bezgłośnych pertraktacjach, przeprowadzonych prawdopodobnie telepatycznie, zrezygnował z dalszego ataku.
— Witam… w moich skromnych progach — uśmiechnął się lodowato do Syriusza i schował różdżkę. Bez ostrzeżenia rozpłynął się w czarnej mgle i zmaterializował tuż za Gryfonem.  — Mam nadzieję, że pański pobyt będzie przyjemny — wymruczał mu drwiąco prosto do ucha, ale zanim Łapa zdążył się obrócić, Severus znalazł się tuż przed nim i dał mu prztyczka w nos. — Obecnie nie mamy bieżącej wody na piętrze, ale wszyscy członkowie Zakonu są mile widziani w piwnicy. — Snape wypluł słowo „zakon” jak gdyby było zatrute, a gdy obszedł Syriusza dookoła, ponownie zniknął w oparach czarnego dymu. Chwilę potem pozostali dwaj Śmierciożercy podążyli jego śladem.
— Za mną. — Avery ruszył na piętro, ciągnąc za sobą Syriusza siłą.
Najwyraźniej przyjął starą, dobrą strategię „idziemy dalej, nic się nie stało, a przynajmniej ja niczego nie widziałem”.
— Co to kurwa było! — Łapa próbował się szarpać, ale niestety Austriak okazał się silniejszy.
— Nie twój biznes. Ty masz się tylko dogadać ze swoim bratem.
— Mówiłeś, że masz plan!
— Owszem! — Black został wepchnięty do dusznego pokoju, w którym panował jeszcze większy mrok. 
— To, że mam plan nie oznacza jednak, że te głupki będą się mnie słuchać. — Avery zapalił różdżką lampę naftową i postawił ją na stoliku nocnym. — Snape uważa, że może się rządzić, bo to jego dom, a Murdoch i Maverick są zbyt tępi, by myśleć samodzielnie. 
Syriusz czcigodny ród Snape’ów miał w niemal takim samym poważaniu jak swój własny, ale postanowił tego nie komentować. W kategorii starych czarodziejskich rodzin Snape’owie siedzieli okrakiem na płocie pomiędzy etykietką „podejrzana krew” a „wielka czterdziestka ósemka Cantankerusa Notta”. Swojego czasu Syriusz musiał aktywnie uczestniczyć w lekcjach wychowania, podczas których matka kładła mu do głowy patologiczne tezy o jakości poszczególnych rodowodów. Z wiekiem uznał, że nic z tego nie rozumie i rozumieć nie zamierza, ale gdy kilka lat później napatoczył się w Hogwarcie na rok starszego Ślizgona… Ostatni ze Snape’ów okazał się być jeszcze większą karykaturą, niż to co przedstawiła Walburga Black. A trzeba przyznać, że się starała… Syriusz kojarzył nawet ręcznie wyszywane drzewa genealogiczne. Ciekawe która z jego genetycznie predestynowanych przodkiń musiała nad nimi ślęczeć?
Być może to rozmyślanie o krwi trafiło go między oczy po to, by nie musiał myśleć o tym, co widział przed sobą teraz. W szerokim, staromodnym łóżku z czterema kolumienkami leżał jego młodszy brat, który wyglądał jeszcze młodziej, niż gdy Syriusz widział go ostatnio. Spojrzał pytająco na Avery’ego, który pokręcił tylko głową. Regulus był zielonkawy na twarzy i spocony. Półprzymknięte powieki trzepotały co jakiś czas i zdawał się mamrotać do siebie w amoku.
— Co mu zrobiliście? — warknął Syriusz, znów gotowy do ataku. 
Austriak niecierpliwie wcisnął go na pobliskie krzesło, które skrzypnęło jękliwie pod ciężarem muskularnego Gryfona. 
— Opary smoczego ognia są toksyczne, ty tępy gamoniu. — Przysunął lampę do twarzy Regulusa, by Syriusz mógł go lepiej obejrzeć. — A jeżeli nie przemówisz mu do rozsądku, nigdy się nie dowiemy gdzie dokładnie twój równie genialny brat poustawiał ładunki. 
— W parlamencie! — wykrzyknął Syriusz, na co Avery zareagował miną świadczącą o tym, że bardzo się stara go nie uderzyć.
Doprawdy? — wysyczał niebezpiecznie. 
Łapa zorientował się, jak bardzo ta uwaga była nic nie wnosząca. 
— No dobra, a nie możesz zawołać Snape’a, żeby spenetrował mu czaszkę? — mruknął.
— Pomijając fakt, że bardzo nie chciałbym stać się naocznym świadkiem sytuacji, w której Severus penetrowałby cokolwiek, z przykrością donoszę, że myliłem się co do twojej inteligencji.
Gryfon napuszył się wyraźnie.
— Jesteś jeszcze większym osłem, niż początkowo sądziłem.
— Słuchaj no ty-…!
— Milcz wreszcie. Smocza gorączka sprawia, że umysł jest całkowicie oporny na legilimencję — wytłumaczył mu Avery, po czym oparł się nonszalancko o ścianę. — Nawet Czarny Pan nie mógłby tu nic zdziałać. 
— Właśnie. Czemu nie poprosicie jego o pomoc? — Syriusz skrzyżował ręce na torsie.
— Ponieważ — zaczął Śmierciożerca, tonem niczym do dziecka — ma dużo ważniejsze sprawy na głowie.
— Ach. — Oczy Gryfona zalśniły. — I tu cię mam…
— Gdzie mnie niby masz? — Austriak zmarszczył brwi, bardzo skutecznie udając, że nie wie o co chodzi, jednak Huncwot nie dał się na to nabrać. 
— On o niczym nie wie. A Regulus na pewno nie działał na jego rozkaz. Jeżeli dojdzie do wybuchu w parlamencie, wszyscy jesteście w dupie. — Łapa rozsiadł się na krześle wygodniej.
Po minie Avery’ego poznał, że był bardzo, ale to bardzo bliski prawdy.
— Jeżeli parlament faktycznie wybuchnie — zaczął Śmierciożerca, cedząc powoli wyrazy — to w dupie będziemy my, ty, Zakon i prawdopodobnie całe miasto. Smoczego ognia nie da się ugasić, nie da się go zamrozić, nie da się go powstrzymać. Trzeba go zwyczajnie przeczekać, a zanim się wypali kto wie, jakich może dokonać zniszczeń.
Syriusz niechętnie przyznał, że musi się zgodzić z jego słowami.
— Świetnie, ale w takim razie jak niby miałbym z Reggie’em porozmawiać? Skoro obecnie przebywa w ósmym wymiarze?
Avery odetchnął nieomal bezgłośnie, jedynie siłą woli powstrzymując się, by nie krzyczeć wniebogłosy z frustracji.
— Ponieważ — powiedział cierpliwie, tym samym powolnym tonem — Snape może go wybudzić. Tylko raz i tylko na chwilę, ale znalazł odpowiednie zaklęcie, które-…
— Czarnomagiczne, jak mniemam? — wtrącił Syriusz drwiąco, na co Avery zmrużył oczy.
— Akurat tylko dzięki Snape’owi i jego eliksirom twój brat w ogóle jeszcze oddycha, więc gdybyś łaskawie mógł się powstrzymać od nic nie wnoszących komentarzy…
— Tak, tak. — Syriusz machnął ręką. — Czcigodny panicz Snape i jego lecznicze zupki, bardzo wdzięczny, kłaniam się nisko.
Tym razem Avery nie wytrzymał i gdy Łapa zauważył jego minę, po raz pierwszy od wielu lat zapragnął natychmiast cofnąć swoje słowa. Całkowicie serio spodziewał się, że dostanie w twarz, a jak dotąd taki efekt była w stanie w nim wywołać jedynie profesor McGonagall.

***
Surrey, cztery miesiące później

Pomimo faktu bycia uczuciowym galimatiasem, Lily Evans lubiła się uważać za osobę nad wyraz logiczną. Nawiasem mówiąc to o swojej siostrze myślała, że jest emocjonalnie niestabilna, choć w gruncie rzeczy racja prawdopodobnie leżała gdzieś po środku. Petunia Evans na ogół prawie w ogóle się nie odzywała — bycie pierwszą od trzystu lat mugolaczką w Slytherinie skutecznie ją tego nauczyło. Trudno zatem stwierdzić, co tak naprawdę sądziła na poszczególne tematy, bo bardzo rzadko ktokolwiek pytał ją o zdanie. Co do Lily, ta nigdy nie czekała na zaproszenie — po prostu wyrywała się przed szereg.
— Jak ja nienawidzę Surrey! 
Petunia wychyliła nos zza podręcznika do stenografii. Obserwowała teraz jak jej siostra z trudem wciąga do korytarza powyginany na wszystkie strony parasol. Razem z nią do środka wleciał ostry, zimny wiatr i grad. Gdy w końcu Lily domknęła drzwi frontowe, oparła się o nie i odetchnęła ciężko. Petunia zasłoniła się na powrót książką. Na zewnątrz szalała ulewa, co o tej porze roku wcale nie było w Surrey niczym nienormalnym. Osobiście bardzo lubiła taką pogodę. Nie czuła przynajmniej żadnej powinności wychodzenia na zewnątrz.
— Jak się udał piknik? — zapytała obojętnym tonem podszytym nutką jadu.
— Żartujesz sobie? — Lily wcisnęła powyginane ustrojstwo do mosiężnego wazonu i skopała z nóg ubłocone buty. — Przez jakiś kompletny korek świstoklikowy musiałam wracać pociągiem! Przysięgam, jeżeli aurorzy znowu mają jakieś ćwiczenia w Londynie, to osobiście obsmaruję Akademię Aurorską w wieczornej edycji!
— Myślałam, że w tym miesiącu skupiacie się na goblinach?
— Teraz tak, ale zupełnie nie wiem po co. Festiwal praw goblinów to specyficzna impreza sama w sobie… — Sądząc po odległości, Petunia wywnioskowała, że siostra udała się do kuchni. Hipoteza została potwierdzona, gdy doszedł ją ciężki brzęk stawianego na gazie czajnika. — … ale żeby wyprawiać ją zaraz w Kornwalii! Merlinie, wszyscy wiedzą, że w Kornwalii nienawidzą goblinów!
— Więc będziesz miała o czym pisać? — mruknęła Petunia, podtrzymując rozmowę jedynie z grzeczności.
Tak naprawdę miała do przerobienia jeszcze trzy rozdziały, ale słowa rozmywały jej się przed oczami i miała wrażenie, że czyta to samo zdanie po raz dziesiąty. Lata nocnego studiowania pod latarką zakazanych przez matkę komiksów przypłaciła krótkowzrocznością, której teraz ze względu na próżność nie zamierzała korygować okularami. 
— To będzie świetny artykuł. — Lily opadła na fotel obok, lewitując różdżką dwa kubki z herbatą. 
Petunia przyjęła swój bez słowa, wyciągnąwszy jedynie rękę i ani na chwilę nie oderwawszy się od tekstu.
— Jestem pewna, że zaproponują mi pracę po tym stażu — kontynuowała wywód Lily, choć nikt jej o to nie prosił. 
Powtarzała to średnio co miesiąc, a jednak „Prorok Codzienny” wciąż jej nie płacił. Osobiście Petunia uważała, że młodsza siostra powinna wziąć zarząd szturmem i odebrać to co do niej należało siłą, ale w sumie nikt nie pytał jej o zdanie, więc milczała. To Lily była osobą, którą zwykle wszyscy prosili o radę.
— Ty też mogłabyś się tam zatrudnić. Brakuje dobrych maszynistek w redakcji.
Petunia zmarszczyła nos. 
— I pracować za stawkę niższą, niż mugolska średnia krajowa? Nie, dzięki.
Starsza panna Evans jeszcze przed skończeniem Hogwartu opracowała sobie szczegółowy plan na życie i zamierzała się go trzymać. Pod pewnymi względami bycie czarownicą wśród mugoli miało swoje plusy — mogła na nich nieustannie patrzeć z góry, w przeciwieństwie do czystokrwistych, którzy w większości mieli ją i jej siostrę za czarownice gorszego sortu. I chociaż Petunia zawsze wiedziała, że nie jest ot taką sobie zwykłą dziewczyną z Surrey, to w życiu na pierwszym miejscu zawsze stawiała karierę. Lubiła swój status wyższej klasy średniej.
— Przecież nie musimy na razie myśleć o rachunkach.
„Teraz nie, a co potem?,” pomyślała Petunia, przekładając stronę w książce pomimo tego, że nie zrozumiała ani słowa z tego, co właśnie przeczytała. Myślami była zbyt daleko, a paplanina siostry za bardzo wpadała w ucho. Być może też wcale nie interesowała jej stenografia, ale nad tym wolała się chwilowo nie zastanawiać.
— Rodzice nie wrócą jeszcze co najmniej przez miesiąc. Mamy czas, a ty musisz sobie wymyślić lepszy zawód.
Petunia rzuciła jej obrażone spojrzenie. Jak na kogoś, kto wiecznie grał bezbronną sarenkę, Lily z pewnością miała w sobie coś z dyktatora.
— Ale wrócą. Babcia w końcu przecież wyzdrowieje, a ja nie chcę do końca życia pozostawać na cudzym garnuszku.
Lily przewróciła oczami.
— Jesteś taka uparta. 
Petunia uśmiechnęła się z triumfem i wróciła do lektury, choć przecież uwaga jej siostry wcale nie była komplementem. Spędziły parę minut w ciszy, którą przerywało tylko tykanie staroświeckiego zegara z kukułką. Wtem coś zastukało w szybę. W pierwszej chwili Lily uznała to za wiatr, ale gdy stukanie się powtórzyło, podeszła do okna. Otworzyła je zaraz, na co Petunia zareagowała pełnym pretensji piskiem. Lodowaty wiatr z deszczem wpadł do środka razem z dwiema przemoczonymi sowami. Jedna z nich pozwoliła sobie tylko odwiązać od nogi wieczorne wydanie „Proroka” i natychmiast odleciała, ale druga otrzepała pióra i podskoczyła w stronę kaloryfera. Wyraźnie nigdzie się nie wybierała, a do tego Lily z trudem przekonała ją, by pozwoliła jej odwiązać naprędce przyczepioną do nogi wiadomość. 
Kiedy rozwinęła pergamin, jej oczom ukazała się bardzo oszczędna treść. Na środku kartki znajome, okrągłe pismo krzyczało: „SOS!”. Tymczasem Petunia odwinęła gazetę z folii i rozprostowała pierwszą stronę. Ogromne litery nagłówka głosiły: „LONDYN W PŁOMIENIACH!”. Tuż pod artykułem widniało ruchome magiczne zdjęcie. Ogień parlament, a wstrząsający opis pod spodem nie pozostawiał żadnych wątpliwości: w centrum stolicy ogłoszono ewakuację.
— Kolejne zaginięcia mugoli? — szepnęła Lily z niepokojem, równie poruszona swoją wiadomością. 
Petunia przysiadła z powrotem w fotelu i pokręciła głową. Podała jej „Proroka”. Lily zerknęła na pierwszą stronę i przygryzła dolną wargę. Szczerze nie wiedziała, czym martwić się najpierw.
— Myślisz, że to… oni? — zapytała Petunia.
Wprawdzie jej siostra miała kontakty wśród aurorów, ale po minie wywnioskowała, że Lily wiedziała o wszystkim dokładnie tyle, co ona. Czyli nic. W prawdziwym świecie koneksje międzydomowe wcale się nie liczyły, a przynajmniej nie naprawdę.
— Nie mam pojęcia… — Lily usiadła na podłokietniku jej fotela i zmięła w dłoni pergamin z wołaniem o pomoc. 
Wiatr szarpał niedomknięte okno, a sowa Remusa Lupina wciąż grzała się przy kaloryferze. W tym momencie desperacji młodsza panna Evans uznała, że można zrobić już tylko jedno:
— Przynieś karty.
Petunia zmarszczyła brwi. W pierwszej chwili chciała zaprotestować, ale z drugiej strony odmówienie okazji do popisywania się nie leżało w jej naturze. Odłożyła podręcznik, po czym udała się na górę. Lily wstała i zaczęła chodzić w tę i z powrotem. Gdy Petunia wróciła, młodsza z sióstr dopiero ocknęła się z transu i niecierpliwie przymknęła okno. Bez słowa udały się do kuchni. Usiadły po przeciwległych końcach stołu. Ślizgonka wyciągnęła wysłużoną talię kart i wprawnym ruchem je przetasowała.
— Przełóż. — Wyciągnęła je do Lily, a ona posłusznie zrobiła jak jej kazała. 
Trzy razy do siebie. I koniecznie lewą ręką. Petunia rozłożyła na serwecie swój ulubiony rozkład i obydwie nachyliły się nad kartami jak nad ostatnią nadzieją. Lily nie czekała nawet na wyjaśnienia — znaczenia wielkich arkan wydały jej się oczywiste. Trzeba przyznać, że siostra nigdy nie była orłem z hogwarckiej podstawy programowej, ale jeżeli było coś, w czym prześcigała wszystkich, to na pewno tarot.
— Czy… — Lily dotknęła ostrożnie palcem karty Śmierci, na co przyszła stenotypistka zareagowała urażonym burknięciem.
— Oczywiście, że nie! Śmierć to nie śmierć, to zmiany. Wielkie zmiany, gwałtowne i czasem nieprzyjemne. 
Lily nadał trzymała w dłoni zmięty pergamin. 
— Zmiany?
Obydwie spojrzały w stronę „Proroka Codziennego”, którego nagłówek nadal do nich krzyczał.
— Będę musiała…
— Wiem. — Petunia zgarnęła karty z powrotem do woreczka. 
— Czekaj! — Lily złapała ją za nadgarstek. — Nie powiedziałaś mi jeszcze co znaczy ta ostatnia.
Starsza panna Evans przewróciła oczami i na powrót wyciągnęła z talii Kochanków.
— Serio?
Lily spłonęła rumieńcem.
— Nie ma co się czerwienić. Byli odwróceni. — Petunia odsunęła krzesło i jak typowa Angielka w kryzysowej sytuacji nastawiła świeżą wodę na herbatę.
— Odwróceni?
Patologiczne zauroczenie. — Z szafki przy zlewie Petunia wyjęła butelkę brandy. Herbata herbatą, ale wyjątkowe kryzysy wymagały wyjątkowych remediów. 
— Na twoim miejscu bym go zignorowała, ale-… — Starsza z sióstr odwróciła się dosłownie na chwilę, ale chwila wystarczyła.
Zgodnie z oczekiwaniami odpowiedział jej tylko głuchy trzask drzwi frontowych.  Sącząc powoli brandy ze szklanki, Petunia niespiesznie przeszła do hallu. Przynajmniej tym razem ta ruda wariatka miała na tyle rozumu, by włożyć kalosze.

3 komentarze:

Stowarzyszenie Księcia Półkrwi pisze...

Stowarzyszenie Księcia Półkrwi przyjęło Twoje zgłoszenie! Opowiadanie znajduje się już w Katalogu SKP.
Pozdrawiamy!
Dziewczyny z SKP

PS Serdecznie zapraszamy także do zapisu ROCZNICY BLOGA. Link wtedy znajdzie się na stronie głównej SKP przez miesiąc!
KLIK!

Nocebo pisze...

Petunia w Slytherinie... xDDD Ha. Ha. Ha. Toś mnie poskładała!
Avery nadal przypomina mi Nikiego. A to patologiczne zauroczenie tyczy się Pottera czy Snapa? W sumie i jedno patologia i drugie, ale wiem, że nie lubisz Severusa parować z Lily, więc... Ostatecznie nie wiem, które większe. ;P

Vesna Might pisze...

Dawno nie miałam styczności z żadnym Potterowskim opowiadaniem, ale trafiłam na Twoje w katalogu, więc stwierdziłam, że co mi szkodzi. Póki co mi się podoba, masz przyjemny styl, szybko się czyta no i to poczucie humoru :D. Pierwszy rozdział z udziałem Alastora zdecydowanie w moim guście.
Będę śledzić Cię dalej, a w wolnej chwili zapraszam do siebie ;) Pozdrawiam

Prześlij komentarz